List do Gazety Kopalnia – ad probationem

Niniejszy list do Gazety Kopalnia stanowi dowód. Po pierwsze, jest dowodem na to, że wciąż pozostaję Kopalni wiernym czytelnikiem, choćbym nie przekazał ostatnio w mediach społecznościowych żadnych wyrazów polubienia, ani jakichkolwiek zdjęć, którymi mógłbym zobrazować swoje czytelnictwo. Z iiracjonalnych powodów jest dla mnie ważne, aby udowodnić, że kibicuję autorom Kopalni niezłomnie, zaś z szacunku, postanowiłem tego dokonać w formacie odchodzącym w zbiorową niepamięć (niczym broadsheet), nawet jeśli to, hipokryci, niezwykle utrudniacie, skoro w końcowych napisach, na ostatniej stronie Gazety Kopalnia, zaniechaliście podania rzeczywistego adresu Redakcji do korespondencji, posługując się wyłącznie tablicą elektroniczną, czysto wirtualną. Po drugie, niniejszy list jest praktycznym potwierdzeniem Prawa Archimedesa, wskazującego, że na ciało zanurzone w płynie, działa pionowa siła wyporu. Gdy więc zanurzyłem Gazetę Kopalnia w głowie, mój płyn mózgowy rozlał się na kartkę i trzeba to teraz jakoś zebrać, a nie będę sprzątał sam, skoro to wasza wina. Po trzecie, taplając się konsekwentnie w tradycji hellenistycznej, jestem sokratejsko przekonany, że dyskusja może człowieka wzbogacić. Stąd, niniejszy list może być postrzegany również jako dowód zapłaty, czyli dymiący rewolwer.

Gazetę Kopalnia zacząłem czytać podczas krótkiego urlopu w basenie morza Śródziemnego, po jego wschodniej stronie, niedługo przedtem, zanim – jak na człowieka późnego kapitalizmu przystało – ruszyłem wraz z rodziną na eskapadę, aby zwiedzić starożytne ruiny znajdujące się w okolicy mojego pobytu. Nigdy wcześniej nie widziałem chyba tak sugestywnych szczątków dawnej cywilizacji, jak w miejscowości Side. Gdy wstąpiłem na szczyt antycznego rzymskiego amfiteatru zbudowanego w II wieku n.e., w miejscu starego teatru greckiego, doświadczyłem refleksji nieco innej niż zwykle w miejscach tego rodzaju i coś strzeliło mi we łbie po raz pierwszy tego dnia, lecz nie ostatni. Zazwyczaj, tak jak na pustym stadionie, próbujesz sobie wyobrazić jego potęgę i klimat w chwili meczu, albo mezzalę szukającego półprzestrzeni na zielonej polanie, tak w historycznym krajobrazie, starasz się uruchomić za szeroko zamkniętymi oczami, symulację jakiejś sytuacji sprzed wieków. Jeśli jesteś w dawnym amfiteatrze, próbujesz widzieć aktorów grających sztukę, oraz publiczność przeżywającą katharsis, bo tego prawdopodobnie wymaga dziedziczny europejski kapitał kulturowy, nabyty w klasycznym procesie edukacyjnym i popkulturowym.

Po lekturze tekstów o katarskim mundialu, miałem zupełnie inaczej. Szukając myślom oparcia, przebiłem zasłonę i zacząłem rozważać, ilu musiało tutaj umrzeć robotników, przerzucając przy budowie tony kamieni w nieznośnym upale, aby inni ludzie, mający się za pełnoprawnych obywateli świata, mogli podziwiać dzieła rozpisane przez Sofoklesa lub innych wielkich dramaturgów? Jeśli bowiem, przy budowie katarskich stadionów, życie straciło z wycieńczenia około siedmiu tysięcy pracowników (co dowiedzione), ku chwale utworów Messiego, to  również amfiteatr w Side, stanowi zapewne zarazem sarkofag, a nie tylko świątynię sztuki. Rzuciłem się pospieszenie – jak to człowiek późnego kapitalizmu – do jedynej encyklopedii, jaką w tym momencie dysponowałem, lecz oddającej powszechnego ducha współczesnej wiedzy w sprawach podstawowych, wpisując w wyszukiwarkę Google hasła w rodzaju: „Budowa amfiteatru w Side, niewolnicy, śmierć”, „Amphitheater, Side, Turkey, slaves, death”. Nie znalazłem ani odpowiedzi, ani żadnego sensownego tropu, którym mógłbym dalej podążyć. Jest w internecie sporo o tym, że Side jest wspaniałą lokacją do obejrzenia i duża liczb zdjęć wrzuconych przez turystów, że zostało podbite przez Aleksandra Wielkiego, że potem przeszło pod panowanie egipskie, by w I wieku n.e. znaleźć się pod władzą rzymską, natomiast brak informacji, której poszukiwałem pod bezpośrednim wpływem tematyki Gazety Kopalnia. Być może, nikogo to nie obchodzi. A może jest tak, że wzniesienie amfiteatru w Side, wcale nie było okupione żadnym cierpieniem, skoro archeologowie orzekli ostatnio na przykład, że wbrew powszechnemu przekonaniu, egipskie piramidy nie były budowane przez niewolników, lecz robotników wolnych, osadzonych w zupełnie przyzwoitej infrastrukturze? Jestem pesymistą, bo rzymski antyczny system wyzysku niewolników, stanowiących podstawę imperialnej gospodarki, był w rozpatrywanym okresie (I – II wiek n.e.) zasadniczo porównywalnie opresyjny do systemu, jakiemu UEFA – oczywiście z pełnym poszanowaniem (respect) – powierzyła organizację grudniowych Mistrzostw Świata. Nie podzielam kontratypu zaproponowanego przez Okońskiego, przerzucającego odpowiedzialność na przegniłe korporacje, ani kontratypu zaproponowanego przez Steca, polegającego na tym, że piłka jest malutka w wielkim świecie. Czuję się winny, lecz będę oglądał. Tak jak komiks o Spartakusie.

Następnie poszliśmy do pobliskiego muzeum. Moich synów przedstawiałem już w poprzednim liście. Starszy, który rozpocznie we wrześniu przygodę w liceum, trenuje lekkoatletykę, jest ciekawy świata i czyta więcej niż ja. Młodszy, który trenuje piłkę, uważa, że zwiedzanie czegokolwiek podczas wakacji jest stratą czasu i mocno broni się przed wiedzą lub nauką, za to często błaznuje. Spacerujemy zatem po terenie łaźni rzymskich, gdzie rozmieszczono muzealne eksponaty. Mijamy kamień milowy, potem kilka posągów bez rąk lub nóg, inskrypcje ostatniego pożegnania wyryte w kamieniu, wreszcie dochodzimy do odnalezionych w okolicy szczątków rzymskich mieszkańców Side. Analizuję tę sytuację ze starszym, zaś wtedy młodszy, który wcześniej plątał się pod nogami lub szukał zaczepki, żeby się nie nudzić, wyrasta znikąd i strzela znienacka w sposób, którego nigdy bym się po nim nie spodziewał, a mianowicie, słowami następującymi: „Tato, a czy futbol będzie zawsze?”. Jestem wtedy trafiony tego dnia, po raz drugi. Zupełnie zaskoczony, zaczynam bezładnie odpowiadać, że trudno powiedzieć, że nie wiadomo, ale tak naprawdę, to nie wiem. Jest to dwunastolatek, a konstrukcję ma raczej beztroską, karmioną ptasim mlekiem klasy średniawej. Niemniej dodaję okrutnie po pauzie: „…wszystko się kiedyś kończy”. Chwilowa powaga w młodszym nagle pryska i wszystko wraca do normy, natomiast postawione pytanie we mnie pozostaje. Cywilizacje mają to do siebie, że padają. Cywilizacja wielkiego futbolu początku XXI wieku, również padnie, zaś żaden satrapa nie zdoła jej utrzymać. To kwestia czasu, lecz są na to naukowe dowody.

Gdy za kilkaset lat, Charlton Heston będzie uciekał przed pościgiem w Planecie Małp, zamiast dotrzeć do przewróconej Statuy Wolości, napotka w Abu Zabi ruiny stadionu, aby rzec owo teatralne: „Czy naprawdę mogliśmy być aż tak głupi?”. Przestańcie wydawać Kopalnię w broadsheecie, lecz zacznijcie ryć artykuły w kamieniu. Będzie to wspaniałe świadectwo odchodzącej cywilizacji, które kiedyś być może, ktoś odnajdzie.

tornante414

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s