Jak zostałem Hortexem

Miałem chyba szczęście jako dziecko, bo mój blok był ustawiony dziobem do budowy metra w Alejach Niepodległości, a ściślej, do budowy stacji „Wierzbno”, prawą burtą do terenu działek, zaś burtą lewą, którą schodziło się na ląd, do tysiącletniego dębu obfitującego nieznośnymi mirabelkami, które przez nikogo nie zbierane ani nie sprzątane, lubiły oblepić chodnik,  fermentować od czasu do czasu. Byli odważni, którzy zrywali z drzewa pojedyncze owoce i je jedli. Ja, chociaż jeść bardzo lubiłem i bywało, że na przykład potrafiłem wytropić i zjeść ukrytą przez rodziców szynkę, zanim trafiła na świąteczny stół, to na przetwórstwo mirabelek nigdy się nie porwałem. Może to źle, może dobrze, trudno powiedzieć. Pod drzewem mirabelkowym kilkukrotnie lądowały polskie bombowce „Łoś”, rzucone z któregoś balkonu, wcześniej koniecznie oblane klejem do sklejania modeli i podpalone, zestrzelone w powietrzu przez myśliwce, ale nigdy nie widziałem, ani z którego konkretnie lotniska startowały, ani kto był ich pilotem. W razie czego odmówię składania zeznań, tak jak mój starszy brat, powołując się na zasadę domniemania niewinności. Zaraz za mirabelą, rozciągało się podwórko i moje pierwsze boisko piłkarskie, które próbuję dziś odtworzyć sobie w głowie, bo materialnie już nie istnieje, zostało zajęte pod budowę wiele lat temu, zabrane przez morze, jeszcze za pierwszej fali kredytów frankowych.

Nie mam pojęcia, w którym roku powstał teren, o którym opowiadam, ale przyjmuję, że jego początki mogły sięgać nawet zamierzchłych czasów jordanowskich. Za mojego wczesnego dzieciństwa, przypadającego na drugą połowę lat osiemdziesiątych, najlepsze swoje czasy miał za sobą, przypominając już wówczas instalację starożytnej cywilizacji, niby miasto Majów zarośnięte przez dżunglę, spod której wydzierają budowle świadczące o tym, że przed wiekami mogło się tutaj toczyć bujne życie kulturalne i sportowe: zardzewiały trzepak, skręcone z rur hydraulicznych bramki piłkarskie dumnie wyrastające z ziemi w centralnej części placu, spróchniałe ławeczki w nawach świątyni, wieńcząca aglomerację piramida, czyli – górka, z której w zimie strącaliśmy w przepaść ofiary. W dół, po lodzie i śniegu, zaś trzeba wam wiedzieć, że wtedy nikt jeszcze nie zapowiadał, że śniegu już nigdy nie będzie.

Podwórko lub boisko (w codziennej mowie stosowaliśmy te nazwy zamiennie), zostało wzniesione na żużlowym podłożu w planie prostokąta. W przeważającej mierze, żużel był obrośnięty bujną trawą lub przysypany piachem, ale gdy zaczynałeś kopać w dowolnym miejscu, zawsze dokopywałeś się do czarnych kamieni. Nurtuje mnie do dziś, skąd na Mokotowie wzięło się tyle żużlu. Być może, boisko powstało w jakiejś fabryce lub kopalni na Śląsku, a następnie przewieziono je w całości do Warszawy? Efekt był taki, że po kilku godzinach zapalczywej gry w piłkę, wyglądałeś jakbyś wrócił z kopalni właśnie. Teren był ogrodzony metalową siatką, rozciągniętą pomiędzy kamiennymi słupami. W moich czasach, brakowało już całych przęseł owego ogrodzenia, brakowało ich w szczególności za ławką, na której popołudniami przesiadywali pijacy. Jeśli miałbym przywołać jakieś ostrzeżenie z dzieciństwa powtarzane przez rodziców, to byłoby chyba to: „uważaj na pijaków”. Nigdy nic złego nas od nich nie spotkało, od pijaków. Często chcieli przyłączyć się do gry lub kopnąć piłkę: „ej, mogę raz strzelić?”. Śmialiśmy się, gdy się przewracali. Dzieci są strasznymi okrutnikami.

Wracało się ze szkoły, i leciało na boisko. Tam już zazwyczaj ktoś już grał, w okolicy mieszkało kilkunastu chłopaków w podobnym wieku. Tak się to toczyło. Jak nie było ekipy do gry w piłkę, można było wywijać fikołki na trzepaku, lub iść wspinać się na garaże. Największe wydarzenia piłkarskie stanowiły mecze podwórka na podwórko, rozgrywane raz na jakiś czas. Przy mojej ulicy stało sześć bloków. Pierwsze trzy, przynależały do mojego podwórka, dwa dalsze bloki miały przypisane już inne, mniejsze podwórko, choć dysponujące infrastrukturą do gry w kwadraty, betonowymi równymi płytami, rozłożonymi równomiernie. Żyliśmy w przyjaźni i nie było problemu, gdy ktoś z drugiego podwórka, przyszedł na nasze podwórko, ani jak ktoś z naszego podwórka, poszedł na drugie podwórko, ale jednak my byliśmy stąd, a oni byli stamtąd, zaś jak przychodziło do meczu , każde z plemion wystawiało reprezentację. Moim ówczesnym marzeniem było grać w reprezentacji podwórka, ale częściej brali brata, bo był lepszy. Najlepsze w gałę, były największe łobuzy. Chłopak, który grał w klubie i miał bajeczną technikę, palił papierosy. Rodzice nie chcieli, żeby brat szedł do klubu, choć brat się pytał. Mówili, że w klubach piłkarskich jest nieodpowiednie towarzystwo, będzie miał skopane piszczele, ponadto podstawą jest nauka, nauka jest na pierwszym miejscu, klucz do największej potęgi. Takie tam brednie.

Dookoła ławki pijaków, można było zebrać tonę kapsli, a kiedy człowiek ma dziesięć lat i naogląda się w telewizji wielkich żołnierskich czynów załogi czołgu, wydaje mu się, że naprawa świata, to nic trudnego. Moim największym marzeniem było, aby pole do gry w piłkę było oznaczone liniami, a w bramkach łopotały siatki, łapiąc futbolówkę po atomowych strzałach ferajny. Któregoś dnia, zebrałem te kapsle od pijaków i żmudnie powbijałem regularnie w ziemię kapsel przy kapslu, jako linie boiska piłkarskiego (kapsli starczyłoby na kilka boisk pełnowymiarowych). Odtąd mieliśmy oznaczone pola karne, oraz auty, choć po prawdzie, to z przyzwyczajenia i tak graliśmy od górki do krawężnika, jak wcześniej. Innym razem, w rewolucyjnym zwidzie, wpadłem na pomysł, aby przeszczepić trawę rosnącą poza polem do gry w piłkę, w żużel łączący środek terenu pomiędzy bramkami, abym mógł się bezpiecznie rzucać jako bramkarz, albo – jako obrońca – czynić wślizgi. Pożyczyliśmy od któregoś gospodarza domu łopaty, i rozpoczęliśmy orkę. Było bardzo gorąco, więc po kilku godzinach skoczyłem do domu po picie dla chłopaków. Oprócz garnka pełnego przegotowanej wody, przyniosłem sok jabłkowy w kartonie. Wtedy, któryś z łapserdaków, nazwał mnie „Hortexem”. Trawa w żużlu jakoś się nie przyjęła, natomiast przezwisko przykleiło. Siatki w bramkach nigdy się nie ziściły.

W okresie transformacji, część chłopaków z podwórka poszła w miasto kraść radia z samochodów i już nigdy nie wróciła. Gdy przed Mistrzostwami Europy w Szwecji, przeprowadzaliśmy się na Ochotę, podwórko stało już puste.

Przepraszam, Panie Sędzio Attwell

Przypominam, że futbol nie jest sprawą najistotniejszą, zaś układając priorytety, należy go umieścić w drugiej połowie tabeli, na granicy spadku do Championship lub Serie B, tak, aby mógł wystąpić w barażach, potykać się na przykład o utrzymanie z jakimś pstrokatym, bajkowym serialem, zalewającym późnym wieczorem mózg błogą gumą do żucia, skutecznie odcinającym szare komórki, dając im chwilę wytchnienia, nawet jeśli skutkiem takiej separacji oprogramowania jest coraz wolniejsza praca głównego procesora. Jak powiedział lub napisał klasyk, a ja lubię to powtarzać, futbol jest rzeczą najważniejszą pośród kwestii nie mających w istocie znaczenia. Z drugiej strony, lub strony trzeciej, albowiem im jestem starszy, tym liczba stron tej samej rzeczy, dramatycznie we mnie wzrasta, być może geometrycznie, skoro piłka nożna walczy w moich trzewiach, aby pozostać w pierwszej lidze, to wydaje się zrozumiałe, że od czasu do czasu potrafi boleśnie ukłuć w tył głowy i przypomnieć o sobie, odgryźć znienacka połowę twarzy, jak na ten przykład ów zabawny diplodok, wyciętemu z książeczki wiedźminowi, w finale – nomen omen – sezonu serialu. Tak stało się wczoraj i sprawił to Arsenal, zaś ja odczuwam imperatyw, aby szybko wykopać go z jaźni do poniedziałku, aby wrócił bezpiecznie na zielone polany, zanim poniedziałek go zaszlachtuje i okrutnie zmieli maszynką do mięsa, jak to tylko on, ta bestia, potrafi. Stara, dziecięca przyjaźń do czegoś zobowiązuje. Uciekaj Arsenalu!

Moje mecze barażowe z futbolem, które wciąż toczę w sobie od czasu do czasu,  zaczynają się zazwyczaj od tego, że w wolnej chwili, zakładając, że być może będę miał jakąś wolną chwilę w bliższej lub dalszej przyszłości, sprawdzam, z kim Arsenal będzie grał w następnych kolejkach. Jest to pewnego rodzaju pułapka, zastawiona przez futbol, wszczepiona mi lub zaszczepiona (sic!) w głębokim dzieciństwie. Nie zawsze to działa tak, jak piłka nożna chciałby. Mój system odpornościowy potrafi sobie coraz lepiej radzić z tego rodzaju zagrożeniami. Nie jest jednak bezbłędny. Kiedy w Święta Bożego Narodzenia ujrzałem poprzez szkiełko, że Arsenal skrzyżuje kolana z Manchesterem City, wiedziałem, że wkrótce się rozchoruję, zaś pierwszego dnia roku dwa tysiące dwudziestego drugiego, ogarnie mnie gorączka, że będę próbował znaleźć sobie miejsce w kurczącym się przed pierwszym gwizdkiem wszechświecie, zmywając naczynia po bankiecie sylwestrowym opartym o pieczoną kaczkę i ptasie mleczko smaku waniliowego, że nerwowo będę walczył o telewizor ze starszym synem („pamiętaj, że za godzinę zaczyna się mecz, wtedy ja oglądam i ci nie ustąpię, ja też mam prawo coś czasem obejrzeć!”; „pamiętaj, że za czterdzieści pięć minut jest mecz, wtedy ja będę oglądał, mam nadzieję, że mogę czasem sobie obejrzeć mecz, dawno nie oglądałem!” „za piętnaście minut jest mecz, oddaj już telewizor!”)  i że coraz mniej cierpliwie, będę znosił uwagi o przewagach Manchesteru United, któremu kibicuje młodszy synek, wyjątkowy złośliwiec („tato, jak Arsenal przegra, to United wskoczą zaraz na czwarte miejsce, wiesz o tym?”; „A pamiętasz, że ostatnio było 5:0, hehe”).

Zabawne, że miałem z siebie wykopać wczorajszy mecz, piszę już jakiś czas, a nie doszedłem nawet do wyjściowych składów. Prawdopodobnie, to cholerstwo jest silniejsze niż początkowo założyłem, siedzi gdzieś głębiej, a gdy próbuję je wydobyć i wyrzucić, dokopuję się do innych warstw świadomości, nieomalże jak Fantastyczny Pan Lis ze znakomitego Fantastycznego Pana Lisa, który uciekał z rodziną i przyjaciółmi do wnętrza ziemi przed swoimi wrogami. Nie będę więc może już pisał o wyjściowych składach, ani taktycznych założeniach obu drużyn, bo się na tym po prostu nie znam. Nie jestem w tym zakresie specjalistą, ani nigdy nie będę. Aby się pozbyć danej sprawy, będę musiał kopnąć tę historię z inną rotacją, a jeśli nie sięgnę, to choćby z czuba. Ale zanim ostatecznie kopnę, zastrzegam jednak, że wydaje mi się, iż Arteta miał pomysł prosty jak konstrukcja cepa i tak samo jak cep, anachroniczny, a mianowicie, aby przejąć piłkę w środku pola, następnie  skontrować skrzydłami, czyli prawdopodobnie najbardziej utalentowanym Saką, oraz dobrze dysponowanym ostatnio Martinellim. Z kolei City zakładało, że będzie po prostu grać swoją grę, utkaną z maestrii w utrzymywaniu się przy piłce, gry na jeden kontakt, mniej i bardziej zaskakujących (choć zawsze matematycznie skalkulowanych do dziewiątej cyfry po przecinku) podań, i na koniec, błysku geniuszu, któregoś z indywidualnych mistrzów. Trochę się zdziwiłem, że City nie rzuca piłek do Sterlinga, który izolowany mógłby zapewne nawinąć naszego drągowatego Japończyka po prawej stronie pola karnego siedem razy wte i wewte przy każdej tego rodzaju okazji, ale jak wcześniej wskazałem – nie znam się na tym. Podejrzewam natomiast, że ten mecz został wymyślony przez Mefistofelesa.

Tak dobrze grającego Arsenalu jak w pierwszej połowie wczorajszego meczu, nie widziałem od lat. Przystąpili do meczu z zębem i zawziętością, naprawdę godnymi sprawy lepszej lub ważniejszej od futbolu. Skoncentrowani, wreszcie nie robiący głupich błędów, zwłaszcza na środku obrony, przed własnym polem karnym. Chłopaki nie rozchodzili się po rogach, jak po jednym z meczów z Obywatelami napisał kiedyś Michał Zachodny. Wyglądali jak prawdziwy klub piłkarski, co spostrzegł z kolei Piotr Żelazny, a ja nie będę z tym polemizował, bo to specjalista, tym bardziej, że się z nim tutaj zgadzam. Guardiola potem miał powiedzieć podobno, że Arsenal w tym meczu był lepszy, ale jemu akurat nie wierzę, bo to ściemniacz, który nawet siebie potrafi nabrać w takim finale czy półfinale Ligi Mistrzów. Co nie zmienia faktu, że  Kanonierzy byli znakomici, szczególnie gdy patrzyłem sercem i wątrobą, a nawet płucosercem. Co nie zmienia faktu, że moja wiara rosła z minuty na minutę, wzrastała po każdej szarży lewoskrzydłowego, każdym hardym przejęciu piłki w środku pola przez Parteya i każdym celnym – po odbiorze piłki – zagraniu pomocnika. Co nie zmienia faktu, że zacząłem krzyczeć tak, że (jak zakładam) usłyszał mnie kibic Chelsea dwa piętra w bloku wzwyż, i był to krzyk przepełniony dumą. Gdy Saka strzelił bramkę na 1:0 po podaniu Tirney’a z lewej strony boiska, miałem wrażenie, że dotarłem do granic piłkarskiego poznania, że za tym horyzontem już nic nie ma. Gdy skończyła się pierwsza połowa meczu, krzyknąłem jak Faust: „Chwilo trwaj, chwilo, jesteś taka piękna! Weź mnie teraz Mefistofelesie, dopóki nie zacznie się druga połowa”. Lecz Diabeł nie posłuchał, a kiedy zaczęła się połowa druga, wciąż siedziałem na kanapie przed telewizorem, na tym łez padole, gdzie nigdy nie dojdziemy, czym jest prawda, nawet zaopatrzeni w system weryfikacji i dowolną liczbę powtórek, którymi dysponuje skład orzekający.

Kiedy w polu karnym padł Bernardo Silva, a sędzia Stuart Attwell po dokonaniu oględzin powtórki zmienił swoją pierwotną decyzję, złorzeczyłem. Wrzeszczałem o oszustwie, wyłem i zwijałem się, tańczyłem jakby mną owładnął zły duch w Noc Walpurgii. Tymczasem sędzia stanął w tym przypadku przed bardzo trudną decyzją. Jak w większości tego rodzaju spraw, można znaleźć argumenty „za” podyktowaniem karnego, jak i argumenty „przeciw” odgwizdaniu jedenastki. Trzeba odgwizdać albo nie odgwizdać, tertio non datur. Konflikt tragiczny, bo człowiek ostatecznie nie przekroczy granic swoich zmysłów, tym bardziej, jeśli jest sprawiedliwy. Ja karnego bym nie podyktował, ale jestem kibicem Arsenalu, a gdy już tańczy we mnie piłka – romantykiem, i z pewnością nie kieruje mną wówczas prawda, ani racjonalne spojrzenie. To co chciałbym zrobić, Panie Sędzio Stuart Attwell, to przeprosić, za swoje karygodne zachowanie, w szczególności za nazwanie Pańskiego werdyktu „oszustwem”, „kradzieżą”, „świństwem” lub nawet „chujstwem”, a Pana „jebanym kurwa kutasem”, com uczynił ogarnięty diabelskim szałem, zesłanym przez wspomnianego Mefistofelesa. Miał Pan prawo zadecydować, tak jak Pan zadecydował, wyraźnie to dziś podkreślam. Uznaję zapadły wyrok za sprawiedliwy i oparty na części prawdy, którą nawet uznaję za część tej części, która dobro czyni. Marinelli powinien kilka sekund później strzelić na 2:1, a wtedy Arsenal znów przejąłby należną mu inicjatywę, ale spudłował haniebnie z siedmiu metrów do pustej bramki. Obiecuję zarazem , że długo nie zajrzę do szkiełka, aby sprawdzić z kim będzie grał Arsenal. Ale tak naprawdę, to nie wiadomo.

Un Amico

Najlepszemu Mocodawcy

Jako szanujący się adwokat, nigdy w życiu nie wystawiłem żadnej faktury. Już tłumaczę dlaczego. W fakturze trzeba bowiem podać dane klienta, które są prawnie chronione, zaś jak wiadomo, oficjalne rachunki mogą być przekazywane organom postępowania podatkowego i odczytywane przez nieludzkie urzędy, co wiąże się lub z pewnością może się wiązać z dużym ryzykiem i odpowiedzialnością skarbową, szczególnie w dzisiejszych, niepewnych czasach, wiadomo. Mając na uwadze, że interes klienta zawsze powinien przeważyć, a ja kieruje się zasadą, że adwokat powinien bronić swojego klienta odważnie, biorę zatem na klatkę ryzyko związane z brakiem faktury, a pieniądze do kieszeni, co jest najdoskonalszą zarazem optymalizacją. Tak właśnie zawsze powtarzam szanownym interlokutorom w półmroku spowijającym Kancelarię, odbijając resztki światła tarczą zegara, frontem do klienta lub na odwrót, w baraku pośród smrodu okolic dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia, tam, gdzie autobusy o numerach  – 202 – zawracają. Tak powiedziałem i jemu, lub napisałem, a on zaproponował, że rozliczymy się barterowo, jak profesjonaliści, bo chociaż – jak dobitnie podkreślił – na pewno nie jestem profesjonalistą, lecz w moich pismach, które przeczytał, widzi jakiś potencjał, mianowicie taki, że żenujący ich standard ma potencjał, aby przegonić każdego bohatera, eksmitować.

Nie ufam ludziom, którzy nie lubią piłki nożnej. Po prostu jest dla mnie podejrzane, kiedy ktoś nie lubi futbolu, choć nie potrafię racjonalnie wyjaśnić, dlaczego. Być może wynika to ze stopnia skomplikowania stosunku akceptacji, gdzie trudno przychodzi człowiekowi, akceptować drugiego człowieka innego niż sam akceptujący lub inaczej ukształtowanego, tym bardziej nie okazywać innemu człowiekowi, zwanym akceptowanym, wyższości. Mój mocodawca wyróżniał się pod tym względem. Mógłbym nawet podnieść, że był wyjątkowy, choć nie wiem, czy spodobałoby mu się, gdybym tak o nim napisał. Akceptował inne istoty, bo przecież nie wyłącznie ludzi, lecz wszystkich mieszkańców Wszechświata, łącznie z pomniejszymi bogami i jeżami, takimi jakimi oni są, ze wszystkimi wadami i zaletami, nigdy nie okazując im wyższości podczas dyskusji, w tym w szczególności kulturowej lub światopoglądowej. Odpisywał, kiedy inni nie odpisywali (jak ktoś kiedyś pięknie powiedział), w nieodwzajemnionym zazwyczaj altruizmie, lecz przede wszystkim opisywał, albowiem jest pisarzem, wielokrotnym twórcą czułych opowiadań zniesławiających lub nie-zniesławiających, w wielu przypadkach znakomitych, i jest to czułość wyjęta – tutaj chciałbym podkreślić, że piszę całkowicie poważnie – wprost z ust polskiej noblistki, jej słynnego felietonu.

Siedzieliśmy więc tak naprzeciwko siebie, w półmroku, pamiętam jak dziś, i zastanawiałem się, czy mogę mu zaufać z tym barterem, kiedy zaśpiewał charczącym głosem śmierć-metalowej kapeli ze starej kasety magnetofonowej:

Panie Stanisławie, myślałem w życiu o wielu rzeczach i większość najważniejszych rzeczy rozkminiłem, o tu proszę wzór na energie elektryczną z wody, ale nadal zrozumieć nie potrafię dlaczego Pan Lucjan po 56 roku nie wrócił na Śląsk, by zagrać w Górniku albo i niechby to był ten Ruch, ale nie został, i przez to w 1974 Polska nie zdobyła mistrzostwa, bo Górski po znajomości w kadrze holował Deynę, a Bulę, chłopaka z Hajduków albo Rudy Śląskiej, nieważne, odstrzelił nie bacząc na to, co się śpiewali kibice Polonii bytomskiej, co to sobie sfałszowała rodowód na powstańczy 1920 rok, zamiast się chlubić wielką Pogonią ze Lwowa, no i śpiewali oni:

Bula, Bula

chorzowska ciula

tego ego piłkarza, nie bójmy się tego słowa zaszczuto, ale i tak najpiękniej grał w historii Arsenal w sezonie 2000/01 i byle mi tu żaden Kogut nie próbował wyskoczyć, bo skończy w garnku albo na ulicy.

Jednym słowem, od początku przejrzał mnie na wylot, choć zanim zaczął opisywać, musiało minąć trochę czasu. Odwzajemniłem się, ale to było dalece później i nieprawda. Na pierwszej konsultacji, od której rozpocząłem swój wywód, podpisaliśmy umowę o stałej współpracy. To nie jest standard, żaby była jasność, ale z drugiej strony, nie było za bardzo innego wyjścia, skoro Arsenal, śmierć Kogutom, zaś ponadto Legia Warszawa, choćby nieprawidłowo interpretowana, bez uwzględnienia wykładni celowościowej. Jeśli zapytacie o warunki kontraktowe, kazał mi zerwać plakat z Marcinem Mięcielem, wiszący na ścianie mojego baraku i powiesić w to miejsce wizerunek Temidy z wielkim cycem, który wyjął z plecaka Bundeswehry. Za dużo u pana patosu, Panie Mecenasie, powiedział.

Istnieje teoria, lepsza lub gorsza, nie wiem, po prostu gdzieś ją zasłyszałem i teraz powtarzam jak papuga, że ludzie nie wybierają drużyn piłkarskich, którym kibicują, lecz to kluby piłkarskie wybierają, kto zostanie ich kibicem. Idąc tym torem, można przyjąć z kolei, jak się wydaje, że człowiek nie wybiera pisarzy, których czyta, lecz to pisarze wybierają czytelników. Tylko, że przyjmując takie stanowisko, za chwile okaże się, że prawnicy wybierają swoich klientów, co jest jednoznacznie kompletną bzdurą, tym bardziej, że powierzona mi przez Pisasza sprawa o eksmisję, to jedno z największych gówien z jakimi przyszło mi walczyć podczas wieloletniej już przecie kariery jurystycznej. Wyraźnie zastrzegłem, że zarówno podmioty jak i przedmioty procesu, trzeba sprecyzować dokładnie. Wtedy się zaczęło. Chciał na ten przykład wyrzucić ze swojego mieszkania gościa o imieniu R., na co ja mówię, że proszę w takim razie podać imię i nazwisko, a on na to, że podmiot roszczenia jest zmiennokształtny. Kiedy przeszedłem nad tym do porządku dziennego, żeby ubić wampira słońcem, to okazało się, że Ćmelak i Jeżanna nie stanowią konkubinatu, ale regularne małżeństwo, ponadto nie wyobraża sobie mocodawca  bez nich egzystencji, tym bardziej biorąc pod uwagę pieczone kurczaki i schody grozy, więc jeśli kogoś wyrzucić, to ewentualnie tego podróżnika w kapeluszu, ewentualnie radcę prawnego M., którego poznał na działkach, albo K*****, który zajebał mu bilet autobusowy na pętlę w Chebziu.

Obiektywny Narrator. Tak poprosił, żeby do nie mówić, Unvoreingenommen Geschichtenerzähler. Zaprawdę, po niemiecku brzmi lepiej, bo w symetrię idzie, gdy zarówno imię jak i nazwisko ma tyle samo liter, w symetrię idzie, nawet jeśli to przypadek, a ja nie sądzę. Potem powiedział, że powinno być infantylnie, więc proszę bardzo. Kiedy próbuję patrzeć na przedmiotową sprawę wyłącznie ze swojej , subiektywnej perspektywy, to widzę w nim Sergio Leone, gdy ja jestem Corbucci (bo nie chcę być kompletnie anonimowy), który to nigdy nie jest w stanie doścignąć poziomu swojego rywala, ale stara się, robi notatki, zatrudnia nawet tego samego twórcę filmowej muzyki, zaś muzyka w filmie jest najważniejsza, o co nie powinno być sporu, zaś w filmie Leone wszystko jest zawsze zajebiście prawdziwe, a w filmie Corbucciego, wszystko udawane, łącznie z napisem: „viva la revolution” na stacji kolejowej we wstępnych fragmentach obrazu „Companeros”, przeciągniętym kredą – co widać na pierwszy rzut niewprawnego oka –  przez jakichś licealistów, co usłyszeli o Zapacie na dodatkowych zajęciach z historii w drugiej klasie liceum, aby nie rzec – uzupełniających, podczas gdy z „Garści dynamitu” Leone, bije prawda o tym, że niesprawiedliwe są wzory, po których Los uznaje, kto na jakim szczeblu drabiny społecznej się znajdzie, zaś odpowiedzią jest Bakunin. Muzyka u Sergio Leone, też zawsze jest lepsza, tak po prawdzie, gdy próbujemy się bawić w prawdy ostateczne.

Sprawa o eksmisję została przegrana, to jasne. Ostatecznie nie był w stanie nikogo wyrzucić ze swojego domu. Kochał wszystkich bohaterów najprawdziwszą miłością, jeśli taka istnieje. Ponadto przyszła pandemia, weszły w życie przepisy covidowe, które wykluczyły eksmisję. Napisałem wówczas, całkowicie szczerze, że zasługujemy na jego Książkę. Ja również nie rozumiałem, dlaczego niektórzy mogą wydawać książki, a inni nie mogą wydać zbioru zajebistych opowiadań. To było w Sylwestra, i zrewanżował się Międzyzjeżem. Miał na to dobry pomysł, na Książkę, trzeba uczciwie przyznać. Puścimy utwór podatkowo pomiędzy Barbadosem i Jamajką, tak zapowiadał, a jak zbierze się do zwrotu kosztów, to będziemy finansowo dalej, jak jednoosobowi przedsiębiorcy na ZUSie. Trzeba kurwa przyznać, że dany wehikuł był zaprojektowany perfekcyjnie. Wówczas zaczął unikać kontaktu, wiedziałem, że nie ma forsy aby zapłacić za usługi prawnicze najwyższej jakości. Szukałem, wiem jak szukać dłużników, wszak żadna transakcja nie pozostaje bez śladu. W pierwszej wolnej chwili pobiegłem do Urzędu. Wbiegłem po schodach, pomknąłem korytarzem, sięgnąłem łapczywie do prawych drzwi, do trzeciego wejścia, schodami dwa piętra do góry i jedno w dół, gdzie nadal znajdowały się fotogramy z uroczystej inauguracji Panteonu, trafiłem do biurka w gabinecie G3/2a na trzecim piętrze gmachu, jednak liczonym od piwnicy, nie od drugiego piętra jak w budynku obok, co jest ważną wiadomością dla ewentualnych interesantów, którzy zresztą nie trafiali tu od lat, ale nie zastałem Sondziego. W recepcji otrzymałem informację, że złożył wypowiedzenie. Na całe gardło krzyknąłem:

„Chuj z Sondzią, ale gdzie jest Aadaś!?”

Tego nie robi się prawniku. Bo co zrobi adwokat, w pustej Kancelarii?

List do Kopalni – Najwyższy stopień kibicowania

List do Kopalni nie jest nieregularnikiem jak „Kopalnia”, lecz pojedynczym odbiciem odrobiny światła, niesionym przez ów nieregularnik, w świecie wypierającym ideę Pirlo, zdominowanym przez mrocznych skrzydłowych, szybszych niż myśl lub wiadomość rzucona w zgubne fale portalu Twitter. Jest refleksem lub refleksją, przetworzoną przez mój nierównoległy, choć dosyć płaski mózg, być może nieistniejącą duszę moją, ponieważ – jak przeczytałem w jednym z kopalnianych wstępniaków – kiedy gmera się przy mózgu, trzeba uważać, aby nie wydłubać duszy. List do Kopalni jest manifestem poparcia dla pięciotomowego – na tę chwilę – żelaznego dzieła, oraz jego autorów. Dlatego piszę innym sposobem niż fedrują w nadwiślańskim „Blizzardzie”, w kontrze do podstawowego założenia „Kopalni”, stanowiącego, że to co wartościowe, trzeba pichcić cierpliwie, jak Barcelona akcje za panowania Guardioli, po przeprowadzeniu pełnego dziennikarskiego postępowania dowodowego i wszechstronnym rozważeniu zgromadzonego materiału. Moje podejście jest – rzekłbym matematycznie – odwrotnie proporcjonalne. Polega na szybkim hobbystycznym zrzucie zbitego w kłębek gordyjski strumienia świadomości, ponieważ nie mam czasu i nie zgromadziłem żadnego materiału dowodowego. Dzięki temu sprytnemu na jeden zwód zagraniu, konfrontacyjnemu zabiegowi, geniusz „Kopalni” zostanie uwypuklony jeszcze bardziej doskonale, w drodze prostego zestawienia. Rąbnąłem natomiast synkowi ze ściany pracę plastyczną, więc niniejszy gryzmoł zostaje opatrzony grafiką najpiękniejszą, płynącą z dziecięcych marzeń, które – w szerokim ich rozumieniu – przyjmuję zarazem za motyw przewodni dokonywanego podania, albowiem jest to podanie.

Czas

Jako istota kopnięta w głowę, jestem jednostką futbolową. Gdy byłem dzieckiem, widziałem w piłkarzach swojego rodziciela, wyraz niedoścignionej doskonałości, czytającego wszystkie te książki stojące na zawalających się regałach, niektóre na dobranoc, przewodników opowiadających świat w kolorowym radzieckim odbiorniku o czternastu calach, dzieło stworzenia, i to drugie, trudniejsze, czyli dzieło istnienia, egzystencji poprzez zwycięstwa i porażki, choć przede wszystkim – przeważnie najpiękniejszą – trudną ligową codzienność. Potem, piłkarze byli mi jak starsi bracia, których chciałem naśladować w ich fikołkach, jego żonglerce pod trzepakiem na żużlowym podłożu podwórka, do tysiąca punktów, stopami, kolankami, główką, ramionami, podczas gdy ja w podstawówce miałem trudności, aby podbić piłkę w powietrzu razy trzydzieści. Z czasem stałem się z futbolistami równolatkiem, zacząłem razem z nimi przeklinać i nauczyłem się odmieniać przez wszystkie przypadki słowa z domu złego, polskiego stadionu piłkarskiego, lżyć sędziego, wyzywać przeciwników, lecz jednocześnie domagać się sprawiedliwości w ramach społecznego zespolenia i walczyć o słuszną (najsłuszniejszą) sprawę. Po kilku kolejnych latach, to ja stałem się starszym bratem sportowców, pouczającym młodsze rodzeństwo, przestrzegającym reprezentantów przed niebezpiecznym wyjazdem do Japonii, ojczyzny najpotężniejszych Tsubasy i Kodżiro. Od późnego dzieciństwa, późnych lat szkolnych, utrzymywałem kontakt korespondencyjny z dalekim kuzynem z północnego Londynu, niejakim Arsenalem, ale to nie ma znaczenia. Wkrótce dorosłem, założyłem rodzinę, zaś piłkarze stali się w zasadzie moimi dziećmi. Powyższe refleksje nie są odkrywcze ani oryginalne. Podobnie o przemijaniu napisał któregoś razu Jerzy Pilch, zaś w tym samym duchu Michał Okoński w artykule pt. „Pirlo, dekonstrukcja” w Kopalni Nr 2. Kreślę je tutaj nie tylko tytułem rozpoczęcia od bramkarza, ale także dlatego, aby podkreślić, że doszedłem do tych konstatacji zupełnie niezależnie. Nie czuje się okradziony, choć mógłbym, a tytułem odszkodowania nie wnoszę o niezwłoczne opublikowanie Kopalni Nr 6, choć powinienem, lecz spieszę podziękować za możliwość przejrzenia się w opowieści, w której futbol jest muzyką do filmu, zagraną tak, właśnie tak, jak chciałbym o niej rozmawiać.

Przeszłość i Przeszłość

Czuję się więc, jako się rzekło, ojcem wszystkich piłkarzy. Gdyby spojrzeć w metryki, mogło by to być podejście na tę chwilę niesłuszne, jeszcze przez chwilę. Niemniej, piłkarze latają przecież po zielonych łąkach w krótkich spodenkach, czy słońce, deszcz, czy śnieg, w wolnym czasie bawią się samochodami lub helikopterami, organizują podchody na tajemnicze wyspy (raje podatkowe), najczęściej zaś pykają na konsolach do gier. Jest to więc świat dzieci, nawet jeśli dużych, w każdym razie metaforycznie. Tak po prawdzie, jestem ojcem jednego tylko kandydata na dziecięcego piłkarza, a synów mam dwóch. Starszego syna zabrałem na pierwszą wyprawę, na boisko, na wspaniały nowy orlik, wybudowany dzięki środkom z Unii Europejskiej, aby zainicjować jego piłkarską przygodę, tak jak moja przygoda została niegdyś rozpoczęta w okolicach Królikarni, gdy miał dwa lata z okładem. Być rodzicem to największe wyzwanie. Trzeba lepić drugiego człowieka, ale niekoniecznie na swój obraz i podobieństwo. Warto pozwolić kształtującej się istocie pisać skrypt tożsamości zgodnie z jej własnym przeczuciem tego co ważne lub głupie, dobre i słuszne, aby mogła osiągnąć szczęście tak, jak ona je intuicyjnie rozumie od samego zarania. To trudne, bo w każdym rodzicu tkwi biblijna konieczność czynienia sobie potomstwa poddanym, a jednocześnie biologiczna, egoistyczna potrzeba przedłużenia własnej egzystencji i narzucenia swojego postrzegania świata, aby dziecko mogło stanowić kontynuację podróży w nieskończoność, w skali jeden do jednego, zaś błądzić jest rzeczą ludzką. Gdy nasze stopy spoczęły na sztucznym podłożu z trawy syntetycznej, w obrębie pola karnego, kopnąłem pierworodnemu piłeczkę, aby i on ją kopnął, najlepiej w kierunku bramki, niczym wysunięty napastnik, klasyczna dziewiątka, albo w moją stronę, tytułem predyspozycji na zawodnika pozycjonowanego na stanowisku reżyserskim. Popatrzył obojętnie jak kula przetacza się obok niego, po czym przeszedł na bieżnię okalającą piłkarskie boisko i zaczął biec. Przebiegł dwa okrążenia chwiejnym, dziecięcym sposobem, a dziś ma czternaście lat i z powodzeniem uprawia lekkoatletykę. W piłkę nożną gra młodszy. Czasem się zastanawiam, czy trenuje futbol dlatego, że ja, jako ojciec, samolubnie tego oczekiwałem, czy jest to jego indywidulane ukształtowanie? Zakładam, że znaczenie ma tak jedno, jak i drugie, mając nadzieję, że wewnętrzny pierwiastek jest silniejszy lub przynajmniej równie silny co zewnętrzny. Gdy młodszy chodził do przedszkola na poziomie starszaków, panie wychowawczynie ustawiły dzieciom na wybiegu, na trawniku, mini boisko piłkarskie. Codziennie wracał brudny i poobijany, bo przedszkolaki haratały z zaangażowaniem Atletico Madryt, zaciekłością i wrażliwością Sergio Ramosa. Pod koniec sezonu, w dniu otwartym, jakie się organizuje w każdej tego rodzaju placówce w przededniu lata, miałem możliwość spojrzeć na powyższe boisko. W miejscu przeznaczonym do gdy w piłkę, trawa była kompletnie zryta do żywej ziemi. Młodszy od początku chciał kopać. Z chęcią zapisał się na zajęcia piłkarskie, choć warto podkreślić, że jest mniej asertywny niż straszy i bardziej plastyczny, łatwiej się podporządkowuje. Może stąd młodszemu łatwiej bawić się w sport drużynowy, a starszemu w indywidualny? Kiedyś pewnie się dowiem, czy zawiniłem, lecz mam nadzieję, że jestem niewinny. Z drugiej strony i racjonalnie patrząc, nie wiem, czy możliwe, abym był niewinny, ponieważ sądu nie da się odwieść od przekonania o winie, jak uczy Kafka, zaś wniesienie oskarżenia w przedmiotowej sprawie jest – jak zakładam – wyłącznie kwestią czasu.

Przeszłość i Teraźniejszość

Wracając do „Kopalni”, mianowicie do „Kopalni” Nr 5, chciałbym w tym miejscu nawiązać do artykułu Rafała Steca pt. „Polska piłka istnieje tylko teoretycznie. Praktycznie nie istnieje”. Książka przyjechała kurierem pod nasze mieszkanie, gdy byłym w biurze, więc poleciłem ją odebrać starszemu synowi, zaś gdy wywiązał się z zadania, zarekomendowałem mu przeczytać, gdy skończy zdalną naukę w tym dniu, jeden lub dwa teksty – bowiem jest to chłopiec ciekawy świata, lubiący spędzać wolny czas na czytaniu – najlepiej Steca, bo z pewnością jak zwykle okraszony humorem. Cieszyłem się później, że syn mnie nie posłuchał (wspominałem już, jak bardzo szanuję jego asertywność), ponieważ artykuł Rafała Steca w piątej „Kopalni” niesie – szczególnie w części otwierającej – treść, która mogłaby być scenariuszem nowego filmu Wojciecha Smarzowskiego, jakiegoś „Piłkarskiego pokera” naszych czasów, dzieła, na które zasługujemy, my wszyscy, piłkarscy czterdziestoletni Polacy. Utwór rozpoczyna się obrazem treningu piłkarskiego dziesięcioletnich na oko dzieci na styku lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Chłopcy grają mecz na sali gimnastycznej, gdy na boisko wtrynia się i narzuca alkoholiczny trener, w samych majtkach, które nie są czyste. Ja mam inne wspomnienie z próby zahaczenia o trenowanie w piłkarskim nadwiślańskim klubie, być może mniej traumatyczne, ale równie zapamiętane. W siódmej klasie zapisałem się na nabór do Gwardii Warszawa. Testy zostały zorganizowane w formie meczowej. Dzieci zostały posłane na klepisko boczne, aby przedstawić, jakie umiejętności wyniosły z podwórek lub szkolnych boisk. Kandydatów do gry było znaczenie więcej niż miejsc w rywalizujących drużynach. Czekałem na wywołanie razem z kolegami z klasy, siedząc na trybunach. Nie było w tym – oczywiście – żadnego głębszego planu lub jakiegoś wyczytywania z listy, ale po prostu kolejni żołnierze byli wysyłani w bój, do desantu na plażach Gwardii, z jednym wyjątkiem, z wyjątkiem mnie. Gdy minęły już ze dwie godziny, a ja pozostałem jedynym chłopcem oczekującym na szansę, zobaczyłem jak jeden z młodszych przydupasów trenera oceniającego fikołki kandydatów na kandydatów na piłkarzy, najprawdopodobniej junior starszy, wskazuje  ręką w moją stroną, na co trener woła do mnie z szyderczym śmiechem w głosie, nawiązując do widocznej – to prawda – nadwagi: „Hej chłopaku, a ty też? Bo tutaj to trzeba biegać, hehe”. Na szczęcie wiele z tego co było, zostało zapomniane, zaś dziś tego rodzaju sytuacje, jak ta patologiczna opisana przez Rafała Steca, czy dosyć przykra, stanowiąca wspomnienie z mojej klubowej przygody, raczej nie miałyby miejsca. Dziś jest – mimo wszystko – nieco większa wrażliwość w podejściu do dzieci, a pedagodzy czy trenerzy wiedzą, że za istotne naruszenia może ich czekać realna odpowiedzialność. Dziś, piłka można – również dziecięca – stała się biznesem na szeroką skalę, gdzie potknięcia mają istotne konsekwencje prestiżowe czy finansowe, szczególnie wobec zdominowania świata przez media społecznościowe, które uwielbiają wykrzykiwać kompromitujące materiały dowodowe. Pomimo to, niezmiennie, gdy niektórym trenerom nieudacznikom włączą się emocje podczas dziecięcego spotkania i wymieszają z wczorajszym alkoholem oraz przekonaniem, że trener dzieci powinien być jak Conte, usłyszycie polecenia lub komendy dalece nieodpowiednie, lapidarnie rzecz ujmując, ochlapujące boisko śmierdzącym błotem.

Teraźniejszość i Przyszłość

Jeszcze jedno nawiązanie, może dwa, i jeszcze garść refleksji, które chciałbym tutaj pociągnąć, chociaż wiem, że piszę już za długo i zaczyna mi się spieszyć. Świat się zmienił. Dziś dziecięca piłkarska droga nie wiedzie od podwórka czy szkolnego boiska do klubu, również w Polsce. Dziś mały Riquelme nie biegnie w miasto z piłką przy nodze, obijając bilardowo mury i kolejnych przechodniów, jak w innym wspaniałym felietonie Rafała Steca (nie mogę go teraz odnaleźć w sieci, aby go wprost przytoczyć, skandal!), a żaden Stanisław nie wynajduje koncepcji dryblingu w relacji z krawężnikiem, jak Johan Cryuff z tekstu „Johan i Apostołowie” („Kopalnia” Nr 2), lecz jego droga – co do zasady – od początku powiązana jest ze szkółką, zorganizowanymi zajęciami, gdzie kopie pod okiem mniej lub bardziej wykwalifikowanych trenerów, bo mecze podwórka na podwórko, jak również mecze klasowe zostały zapomniane. Trzeba dodać uzupełniająco, że to nie jest tak, jak piszą niektórzy, że orliki stoją całkiem puste, a dzieciarnia siedzi po domach na konsolach. To tylko część prawdy. Wiele dzieciaków wychodzi pograć samodzielnie lub z rodzicami na nowoczesne boiska, których kiedyś nie było, ale w zasadzie wyłącznie dodatkowo, bo każdy kto chce uczestniczyć w przygodach, jakimi były niegdyś mecze klasowe, rywalizacji na wyższym poziomie emocji i zapalczywości nawiązującej do świata klasyków, będzie mieć to zapewnione wyłączenie w ramach płatnych zajęć, często płatnych wysoko, połączonych z dojazdami i zaangażowaniem rodziców, co powoduje – niestety – wykluczenie niektórych jednostek, które trzydzieści lat temu mogłyby być na przykład dostrzeżone przez trenera pasjonata, zwiedzającego podwórka w poszukiwaniu talentów lub ujawniając talent sobie i otoczeniu, siłą rzeczy, trafiłyby do klubu w ten czy inny sposób, tramwajem lub autobusem, nawet jeśli byłby to klub patologiczny, brudny i obrosły błockiem. Czuję się również zobowiązany zdekonstruować w tym miejscu pewien mit, lansowany najczęściej przez białych, heteroseksualnych mężczyzn z piwnymi brzuchami, którzy głoszą, że panie, teraz te dzieci pójdą trzy razy w tygodniu na trening i zmęczone, my w ich wieku codziennie na podwórku graliśmy od rana do nocy i nigdy nie było nam dosyć, a warunki boiskowe mieliśmy tysiąckroć mniej komfortowe, pełne kamieni i nierówności pod nogami. Tymczasem dziś, owe treningi dzieciaków to w istocie harówa, którą można (naprawdę) porównać do regularnej pracy, więc w ogóle włączyłbym ten temat do dyskusji na temat zatrudniania dzieci we współczesnym neoliberalnym świecie. Bynajmniej nie jest to zabawa, zaś w każdym razie nie zawsze jest to zabawa z uśmiechem na ustach, ale po wielokroć męczące ćwiczenia i śmieję się z tego mitu, który brzmi: „moje dziecko zawsze chce jechać na trening”, bo to jest tak, jakby przyjąć, że dziecko zawsze chce iść do szkoły lub odrabiać lekcje, nawet jeśli często w istocie ma z tego tytułu frajdę. W mojej głowie pojawia się – owszem – pytanie czy kontynuować treningi, ale na razie skłaniam się do kontynuacji, bo wierzę, że sport, szczególnie sport drużynowy, uczy współpracy i przygotowuje do życia w społeczeństwie (za kilka lat zostanę osądzony, jestem na to gotowy). Dlatego cierpię, że aktualnie piłka dziecięca jest tak makabrycznie nastawiona na jednostkę i systemowo uczy egoizmu. Dostrzeżona na dziecięcym poziomie i schodek wyżej wejdzie przede wszystkim ta jednostka, która strzela najwięcej bramek i zalicza wysoką liczbę spektakularnych akcji z pominięciem koleżeństwa, nie zaś ta, które chce ze wszystkimi współpracować, szukając podania. Wiem, że z wąsko zakreślonego futbolowego punktu widzenia, taki darwinizm i rywalizacja pomiędzy dziećmi z tej samej drużyny jest konieczna, ale boli mnie to, bo piłka nożna powinna być czymś więcej, nawet jeśli nigdy nie była.

Najwyższy stopień kibicowania

Muszę się spieszyć, bo pędzę na mecz syna, jedenastoletniego. Nie powinienem był zaczynać tego swojego samolubnego, ułomnego pisania, ale na jesiennym spotkaniu w Rotundzie przy okazji promocji „Kopalni” Nr 5, Michał Okoński powiedział mi – grzecznościowo – żebym napisał, więc to nie moja wina. Nie udało mi się zamówić taksówki, pojadę tramwajem, muszę jeszcze w międzyczasie skończyć jedną umową i odpisać na jednego ważnego e – maila, ale mecz dziecka jest najważniejszy, taka prawda, może uda mi się to jakoś przełożyć, mam na myśli robotę oczywiście. Muszę się zwierzyć, że gubię się czasem, czy to jest mój mecz czy mecz mojego dziecka, na tym być może polega magiczna wspólnota rodzica z dzieckiem, którą mógłbym próbować wyjaśnić na podstawie teorii ucieleśnionej symulacji, tematu poruszonego przez Łukasza Kwiatka w artykule pt. „Czytanie gry”, opublikowanym w „Kopalni” Nr 2. Fakt jest taki, że gdy moje dziecko jest na boisku, to mało, że odczuwam boisko razem z nim, tak jakbym sam grał, przebywam na boisku, ale w większości sytuacji, on gra dokładnie tak, jakbym ja zagrał w jego sytuacji, bez względu na to, czy podejmowany przezeń wybór jest w danym momencie właściwy, czy niewłaściwy. Nie jestem odosobniony i nie tylko piłki nożnej to dotyczy. Kiedyś na zakończenie roku szkolnego obserwowałem matki dziewczynek śpiewających w chórze, które bezgłośnie śpiewały na pełne buzie, tak jak ich dzieci, tyle, że z większym jakby zapałem. Minus aktualnej sytuacji jest taki, że kilka lat temu zostawiłem sport, amatorską drużynę koszykarską, przerzuciłem swoje indywidualne zajęcia i emocje na dzieci, w ramach tej toksycznej zapewne kontynuacji ku nieskończoności. Mało tego, dziś nie potrafię tak naprawdę zaangażować się w inną piłkarską drużynę niż drużyna piłkarska mojego młodszego syna lub inne zawody lekkoatletyczne, niż sprinterskie biegi syna starszego. Arsenal (owego angielskiego kuzyna) w zasadzie reanimowałem i wymyśliłem na nowo, szukając ratunku, zmyśliłem po to, aby uciec z niebezpiecznej drogi na którą wszedłem, bo wiem, że powinienem uciekać i jednocześnie nie rozumiem Okońskiego, gdy pisze w „Końcu świata, którego nie było” („Kopalnia” Nr 5), że nie mógł spać przez Tottenham przed finałem Ligi Mistrzów, bo Tottenham i Arsenal są nieważne i nie maja znaczenia. Nie zatrzymam tego, obawiam, że się nie zatrzymam. Płynę rwącym górskim potokiem, wkrótce, niechybnie nastąpi wodospad. Wiem, że koniec świata wkrótce nadejdzie, a ja zostanę osądzony, sprawiedliwie lub niesprawiedliwie. Akt oskarżenia jest już zaawansowany. Piłka nożna to sprawa najważniejsza, ale tylko pośród wszystkich rzeczy nieważnych. Wreszcie dojechałem, dobiegłem do płotu tracąc dech, ale nie zdążyłem na rozpoczęcie meczu z Deltą. Synek wyszedł dziś na lewej obronie i napastnik bardzo mocno naciska na niego w pressingu. Żebym tylko nie stracił piłki, żeby nie stracił.

Oto jest  najwyższy stopień kibicowania.

Krychowiak jako dowcip o Jezusie

„Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,13-35)

Uwielbiam dowcipy o Jezusie, zawsze uwielbiałem. Przykro mi, ale tak naprawdę to nie wiadomo, jestem bowiem po prostu zwolennikiem Ewangelii wg „Monthy Pythona”, a zarazem stronnikiem Wilhelma z Baskerville. Jeśliby przyjąć, że Jezus istniał lub istnieje, to – skoro człowiek stworzony jest na obraz i boskie podobieństwo – Syn Boży potrafiłby śmiać się z siebie do rozpuku mam nadzieję, nawet jeśli wielokrotnie okazał się mrocznym ponurakiem, czego nie można mieć Jemu z kolei za złe, mając na uwadze los, jaki rzekomo zgotował mu Ojciec. Z dowcipami o Jezusie jest tak, jak ze wszystkimi dowcipami, są lepsze i gorsze, wiadomo. Gdybym miał nimi rzucać z rękawa, wspomniałbym ten, kiedy po cudzie w Kanie Galilejskiej, jeden z biesiadników podnosi się ostatkiem sił z parkietu i wydusza z gardła błagalne słowa: „Wody, wody…”, zaś widząc Jezusa zmierzającego w jego kierunku z kubkiem, broni się krzykiem: „Tylko nie ty!”, albo ten nieomalże filozoficzny, gdy Jezus podczas wędrówki spotyka hipisów, ci częstują go jointem, zaś bohater powiada wówczas: „Ja jestem Jezus Chrystus”, na co niewierni hipisi w śmiech.

Wszystkie dotychczasowe żarty o Jezusie zbladły wobec wydarzeń w Wielką Środę, gdy do meczu eliminacyjnego Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2022 przystąpiły Anglia i Polska. Mecz Anglia – Polska na Wembley dn. 31 marca 2021 r. jest najlepszą opowieścią, jaka mi się ostatnio, niewiernemu, przytrafiła. Muszę przyznać, że dawno straciłem wiarę, zaś do piłkarskich meczów Reprezentacji Polski nie zasiadałem lub zasiadałem z czystego obowiązku, w zasadzie tylko po to, aby moje kochane dzieci, dwaj synowie, mogli brać przykład z ojca, tak jak w porządnym katolickim domostwie, usłyszeli kilka męskich słów wzburzenia, które będą mogły powtórzyć swoim dzieciom, aby tradycja nie zginęła w mrokach genderu. Ale ja popadłem w taką czarną czeluść, że nawet męskich słów, jednej kurwy kurewki nie potrafiłem już z siebie wydobyć na niesprawiedliwość czynioną przez sędziego, a piwo piłem bezalkoholowe, tfu, obraza boska, dzieło Szatana. Ostatnio, za czasów proboszcza Jerzego Brzęczka namaszczonego przez arcybiskupa Bońka Zbigniewa, przestałem udawać, że się modlę. Z każdej homilii wiało nudą i beznadzieją. Organista nie potrafił zagrać mojego ulubionego „A jeśli chcesz mnie naśladować”, do którego chętnie chciałbym się przyłączyć, aby oczyścić serduszko. Umęczony ziemskim padołem człowiek, potrzebuje przecież podczas meczu się wyspowiadać, lub na przykład połączyć z ludźmi wszystkich stanów w tańcu śmierci, ewentualnie zakrzyknąć w Przerwie: „Coś w mym sercu dziko pęka, w dzwon uderza ciemna groza”, Tetmajera.

Gdy w Wielką Środę na zieloną polanę w Londynie wszedł Krychowiak, a po starciu z podstępnymi anglikanami stracił gumkę spinającą włosy, ja ponownie uwierzyłem, a jednocześnie wodząc wzrokiem za Krychowiakiem Grzegorzem, za jego sylwetką i jezusową fryzurą, nie mogłem uwierzyć, że powrócił, a ja znów potrafię rozłożyć ręce ku niebieskiemu królestwu, które przecież musi być finalnie biało-czerwone, gdy przyjdzie zbawienie, w końcu nie ma innej możliwości. Najpierw wezbrała we mnie dziecięca radość z tych wszystkich memów, które wysypały się w sieci, brzmiących jak najdoskonalszy z cymbałów: „O Panie, to ty do mnie podałeś!”, „Jezu, o trzy dni za wcześnie!”, „Krycha, ufam Tobie”, jednak następnie, pod wrażeniem dokonań bohatera, zacząłem się modlić, a ostatni raz żarliwie modliłem się…, ostatni raz był chyba podczas Mistrzostw Europy, wiele lat przed narodzeniem Chrystusa, gdy Błaszczykowski przymierzał się do strzelania rzutu karnego Portugalczykom. Ujrzałem Jezusa Krychowiaka, o którym Mickiewicz pisał jako o mesjaszu: „Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał Kanarku, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, do nieba sięgnie po Katar” i czułem zarazem, że On spojrzał na mnie, i zrozumiał. Skromny rzemieślnik, stolarz, potrafiący siłą ducha przenosić kilku przeciwników na nim wiszących, próbujących zdusić. Prorok, który zabłądził na paryskiej pustyni wodzony za nos przez Złego, lecz znalazł swoją Jerozolimę w Petersburgu i znów głosi dobre słowa, najlepsze, słowiańskie.

Wciąż nie mogę się otrząsnąć po wydarzeniach, jakie miały miejsce w Wielką Środę, w Londynie. Czekam na kolejne rozdziały Ewangelii wg Paulo Sousy, następne opowieści o proroczym Krychowiaku. Porażka z anglikanami z owej perspektywy, nie boli mnie w ogóle, albowiem odzyskałem to, co wcześniej było mi utracone, a mianowicie chęć słuchania opowieści i dzielenia się nią z innymi. Jedyne, czego się obawiam jako niewierny prostaczek to to, że w kolejnym rozdziale, podzielę doświadczenie uczniów w drodze do Emaus.

Wesołych Świąt!

Czarny Elf – wyrok

Nad miastem nigdy nie rozwiewała się neonowa mgła. Poprawiłem maseczkę i głębiej naciągnąłem kapelusz. Reklama najnowszego japońskiego cudu techniki biła po oczach, kiedy zamykałem mój barakowóz i ruszyłem w zaułki stolicy. Padał deszcz. Pogoda od wielu lat, to był jeden przeciągły październik, niekończąca się smuga cienia umazana w mokrych śmieciach walających się po asfaltowej dżungli. „O szyby deszcz dzwoni, deszcz nieśmiertelny/I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny” – jak ponoć napisał poeta. Świat się konsekwentnie rozmywał.

Jak zwykle przystanąłem przy przedwiecznym muralu, głoszącym: „Z punktu widzenia Drogi Mlecznej  wszyscy jesteśmy ze wsi”, podpisanym w prawym dolnym roku kartki: „Leosje”. Kiedyś na jakimś zakazanym blogu czytałem, że „Leosje” stanowiła inicjatywę będąca odpowiedzią na problemy polityczne, którymi w latach osiemdziesiątych XX-ego wieku żyła Holandia. W jej ramach powstawały ciekawe prace w każdej części ówczesnej Europy. Za schyłkowe i najbardziej zarazem charakterystyczne dzieło danej grupy, uważana jest instalacja zatytułowana „Schody grozy”, sformułowana przy zastosowaniu glebogryzarki, obieraczki do mandarynek, oraz prosecco z hipermarketu, zawieszona w jednym z ekskluzywnych apartamentowców artystycznej dzielnicy Hagi: Bohemen en Meer en Bos. Dziś,  najbogatsi urządzają tam podobno wyprawy płetwonurków. Jak kiedyś do wraku Titanica.

Zapaliłem papierosa lub nie zapaliłem. Zaciągnąłem się, zakaszlałem. Khhh, khhh, ku, ku-rwa! Zdjąłem kapelusz, walnąłem głową w mur, założyłem kapelusz z powrotem, i poszedłem dalej. Jak to się stało, że on wygrał tę sprawę? Przekazałem prokuratorowi wszystko jak na widelcu. Przenośnie i w dosłowni, bo nie tylko nagrałem naszą rozmowę, ale i zabezpieczyłem sztućce, którymi jedli w Sheratonie kaczuszkę w gorącym półmisku, a następnego dnia nad ranem, w jednej z Kochłowickich drukarni dopadnięto maszynopis Książki, pomimo, że podobno stawiał opór, powalił kilku antyterrorystów, w tym jednego ciężko ranił słowem.

Wyszedłem z ulicy Lubelskiej na suchego przestwór oceanu. Niesamowite miejsce, prawdopodobnie jedno z najbardziej inspirujących w Warszawie, a być może w Polsce lub tym co z Polski zosrało. Przejściówka Grochowskiej w Targową, czyli ulica Zamoyskiego. Możesz stąd: (i) spojrzeć na Teatr Powszechny i sztachnąć się wonią czekolady z dymiącej obok fabryki Wedla; (ii) cofnąć po ciepłe bułki do piekarni SPC; (iii) pójść ulicą Targową, pod mostem kolejowym, w kierunku dworca Warszawa Wileńska; (iv) ścigać z tramwajem w kierunku Ronda Wiatraczna po legendarne rurki z bitą śmietaną, albo (v) gonić na Stadion Narodowy, który znajduje się w zasięgu wzroku. Ojciec opowiadał, że wygraliśmy tam z Niemcami. W cieniu kładki PKP Cargo wciąż sypie się śmierdząca chińszczyzna, po drugiej stronie hindusi sprzedają kebab, z jednego z bloków zaprasza sklep monopolowy 24 h, w rozwalającej się na rogu chatce numer 777 stracisz całą kasę na automatach.

Przysięgli uniewinnili Wielkiego Pisasza od zarzucanego mu czynu. Jeden z neonów po raz kolejny odtwarza Sondziego O’Bartoszcze czytającego werdykt.  Cóż, w końcu wydarzenie dnia na FB i Twitterze, inba. Dwunastu gniewnych ludzi, nazwanych potem w liberalnej prasie (co to jest „prasa”?) „Bohaterami”. Bohater z głową pandy, wychodząc z sali zasalutował oskarżonemu, pajac.  Z drugiej strony muszę przyznać, że ten numer obrony, kiedy Pisasz przymierzył Książkę na głowę, a ta nie pasowała, bo jakby za mała, to mistrzostwo świata. – Jeśli nie pasuje, musisz uniewinnić. If it doesn’t fit, you must aquit! – grzmiał potem adwokat ze Szczecina. Albo jak zmylili opinię publiczną, że Lucjan Brychczy nie jest urodzonym warszawiakiem, a Marcin Mięciel bez plastra na nosie, nie jest Marcinem Mięcielem, lecz replikantem.

Na budynku Teatru Powszechnego wisi plakat wskazujący, że znów grają „Siedem obłędnych błazeństw opozycji”. Szymon Bobrowski w roli człowieka-bizona, Maria Seweryn jako królowa Elżbieta II. Pada deszcz, gdzieś daleko, swój mecz rozpoczyna Arsenal, a ja nie słyszę za sobą cichych kroków, dokąd tu ptanocą zwischen-igel.

***

Otwórz drzwi kluczem ukrytym pod cegłówką przy schodkach i wejdź do środka, do mej Kancelarii, dziecię Bhaala. Sięgnij po ciepłe piwo bezalkoholowe stojące na półce, przedostatnie. Nie dotykaj akt walających się po  gnijącej podłodze, albowiem oszalejesz jak ja, ostrzegam. Rozsiądź się wygodnie na sofie o popękanym skaju, spójrz na stary plakat McMananana i wspomnij przewagi dawnego Liverpoolu. Chociaż przepraszam, nie dawaj się nabrać tym razem, ten piłkarz to Marcin Mięciel. Odpocznij, ja raczej nie wrócę o Czasie…

Czarny Elf – na północ od Werony

Zostało kiedyś napisane, że moja Kancelaria mieści się tuż obok dworca Warszawa Wschodnia im. Romana Dmowskiego. Taka jest prawda, choć nieobiektywna. Wychodzisz głównymi drzwiami z przedsionka kolejowego, skręcasz w prawo, i widzisz na murze kamienicy napis: „z punktu widzenia Drogi Mlecznej, wszyscy jesteśmy ze wsi”. To znak, że skręciłeś w złą stronę i dałeś się nabrać, bo nie powinieneś słuchać moich porad, ale po wyjściu z dworca, skręcić w lewo. Skoro już zaś zrobiłeś dwadzieścia kroków tam i z powrotem, i ponownie poszedłeś wzdłuż frontu budynku nienagannie odnowionego tuż przed Mistrzostwami Europy 2012, choć mchem zarazem nieco obrośniętego, tak jakbyś skręcił wcześniej w lewo, zamiast w prawo, ujrzysz dziki parking samochodowy, a nieco dalej wkroczysz w lasek mroku, który niegdyś stanowił być może ogrody działkowe, natomiast dzisiaj okala ruiny twierdzy Dol Guldur. Nie bój się, lub bój się ewentualnie, Twoja sprawa, ale na razie wróć jeszcze raz na dworzec, kup mi w dworcowej cukierni ciastka proszę, najlepiej przeterminowane rurki toffi z bitą śmietaną, podróbki wypieków radzymińskich, bo inaczej nie wpuszczę do biura. Gdy jesteś znów w podróży swego życia, dzierżąc tekturowe pudełko skrywające smakołyki, obwiązane czerwoną sznurówką, wejdź tedy na rubieże niestraszne wyłącznie najdzikszym komornikom, wejdź tedy w czarne ostępy tuż przy rozpadającym się zielonym kiosku zbitym z desek w dawnych czasach, latach dziewięćdziesiątych, i pójdź przed siebie, przecz czeluść, przez chwasty, przez smród odchodów miejscowych psów i nie tylko, odważnie. Ten barak, to moje biuro, a ty jesteś zapewne dziecię Bhaala.

***

W tym miejscu zastrzegam, że aktualnie nie ma mnie w biurze, natomiast właśnie wchodzę do warszawskiego Sheratona, albowiem zostałem zaproszony na spotkanie przez tajemniczego klienta piszącego z adresu wielki.pisasz@wp.pl  tydzień wcześniej, w czwartek. Podobno duża sprawa, w co jestem skłonny uwierzyć, mając na uwadze, że gościu ani przez chwilę nie oponował przeciwko zaliczce, i przysłał 250 (słownie: dwieście pięćdziesiąt) złotych polskich przekazem pocztowym, tytułem czasu (dalej: „Czasu”), który właśnie poświęcam 01 stycznia 2021 r., w święto Trzech Króli, przy Placu Trzech Krzyży, nazywanego od „Przedwojnia” Placem Pięciu Krzyży, nieco bez sensu. Przy drzwiach hotelu przejmuje mnie dziwny mężczyzna w mundurze Bundeswehry,  do chuja z ryjka niepodobny, ale przywodzący na myśl jeża, być może dlatego, że ma napisane „Seregeant Zwischen-Igel” na charakterystycznej czarnej tabliczce przyszytej do kurtki powyżej serca. – Zapraszam do restauracji, do prywatnej sali – powiada. Nie ma na ryjku maseczki, co zwraca moją uwagę, ja z kolei dezynfekuje ręce podręczną małpeczką, wlewam dwie sety prosto do gardła, ponieważ pandemia szaleje w najlepsze, trzeba uważać. – My już zaszczepieni, proszę wyluzować – wita mnie elegancki, przystojny młody człowiek po trzydziestce w wyprasowanej bluzie zespołu „Megadeth”, takiej jaką można kupić za pięć stów w limitowanej kolekcji Bytomia, szczuplutki wysportowany skurwysyn. – Jestem Alfred Miętkoch, a to mój radca prawny [******] – hugo boss od stóp do głów podaje mi liberalną prawicę (sic!). Diego Costa, krótkie spodenki, strój sportowy, pasowałby Ci bardziej – tak myślę.

Siadamy przy dużym, okrągłym stole, naprzeciwko siebie. Przychodzą panie kelnerki. Pierwsza pani kelnerka niesie gorący półmisek chrupiącej kaczuszki lub kurczaka w stylu wietnamskim, stawia posiłek na środku pomiędzy stronami, zaś obok półmiska kładzie stosik talerzy i sztućców. Druga pani kelnerka wlewa czerwone wino do stojących przed każdym z nas kieliszków i pozostawia butelkę, na etykiecie napisano: „Amarone della Valpolicella”. Gdy panie kelnerki wychodzą, podnoszę napełniony kieliszek i (wiedząc, że w przyrodzie nie ma czegoś takiego jak darmowe obiady), wnoszę jak następuje: – Amaronem! W czym więc mogę pomóc? Wypijam. Oni nie piją, uśmiechają się złowieszczo. Dziwny mężczyzna w mundurze Bundeswehry staje przy drzwiach, blokując wyjście z pokoju. – Otóż, Panie Stanisławie – mówi Alfred Miętkoch – trzeba coś podpisać, a ja nie mogę sobie na to pozwolić, ryzykowałbym pozycję w liberalnych elitach tego kraju.  Odetchnąłem, to będzie proste zlecenie. – Nie ma problemu – odpowiadam – ja jestem uczciwym adwokatem, więc mogę podpisać wszystko, szczególnie za odpowiednim wynagrodzeniem, szczególnie jeśli napisze lub stworzy to ktoś inny, całkowicie rozumiem takie sytuacje. – Więc co to będzie? Zawiadomienie o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Pana konkurentów? Donos na holenderskich znajomych, że unikają podwójnego opodatkowania? A może statut jakiejś cypryjskiej spółki? Chętnie mogę również posłużyć za słupa w zarządzie, za odpowiednim wynagrodzeniem oczywiście. – staram się zaskoczyć Klienta, że dysponuję długoletnim, kwalifikowanym doświadczeniem w tego rodzaju postepowaniach. Wówczas Diego Costa wyjmuje z czarnej teczki zbindowany dokument, czterysta – pięćset stron, tak na pierwszy rzut oka doświadczonego adwokata.

– Chodzi o Książkę, od której spłonie Polska – mówi Wielki Pisasz.

– Proponujemy wynagrodzenie w wysokości 500 (słownie: pięciuset) złotych – wskazuje Diego Costa.

– Proszę podpisać – dodaje Sierżant Zwischen-Igel.

***

Otwórz drzwi kluczem ukrytym pod cegłówką przy schodkach i wejdź do środka, do mej Kancelarii, dziecię Bhaala. Sięgnij po ciepłe piwo bezalkoholowe stojące na półce, przedostatnie. Nie dotykaj akt walających się po  gnijącej podłodze, albowiem oszalejesz jak ja, ostrzegam. Rozsiądź się wygodnie na sofie o popękanym skaju, spójrz na stary plakat McMananana i wspomnij przewagi dawnego Liverpoolu. Chociaż przepraszam, nie dawaj się nabrać tym razem, ten piłkarz to Marcin Mięciel. Odpocznij, ja raczej nie wrócę o Czasie…

Zawezwanie do próby ugodowej jako ginący gatunek

Świat był piękny i piękna była przyroda, a potem ktoś zrzucił na ziemię ludzi zaopatrując ich dodatkowo w hasło, aby poszli, rozmnażali się i czynili sobie ziemię poddaną. Ani chybi, protoplasta człowieczeństwa charakterystyczny powyższym, biblijnym hasłem, łotrem był lub jest pierwszorzędnym lub łotrem był lub jest ktoś, kto się pod niego podstępnie podszywa, czego nie można przecież wykluczyć całkowicie, zarazem nie wypada przesądzać definitywnie jak to jest w ogóle w sensie ontologicznym, więc rekomendowane byłoby pozostanie w cieniu bezpiecznej szarości spajanej zazwyczaj przez prawników spójnikiem „lub”, czy amortyzowanej roszczeniem ewentualnym, które jest zazwyczaj niby mniej pewne, ale być może jak najbardziej trafne.

Polecam dostępny w serwisie Netflix dokument Davida Attenborough zatytułowany „Życie na naszej planecie”, którego autor udowadnia, że człowiek jest najgorszą zarazą, jaka przytrafiła się Światu, istotą nieoglądającą się za siebie, bezwzględnie niszczącą harmonię stworzenia, mordującą na drodze ku zaspokojeniu własnych egoistycznych potrzeb – bezwiednie lub z premedytacją – liczne gatunki roślin i zwierząt, choć zaciskającą w ten sposób jednocześnie pętlę na swojej własnej szyi, co być może warto podkreślić, stąpając w okresie świątecznym po skrzypiącym śniegu, którego nie ma, tak jak nie ma już – całkiem od niedawna – wilka sycylijskiego, uchatki japońskiej, czy tygrysa kaspijskiego.

Wyrażam ubolewanie tytułem przydługiego wstępu, w szczególności wobec tych wszystkich z Was, którzy poczuli się urażeni, jak to się zwykle powiada w sprawach o dobra osobiste, aby poudawać, że się żałuje, nie cofając jednak niczego z tego, co zostało oświadczone, w każdym razie w swym rozumieniu nie przepraszając, choć trochę przepraszając w rozumieniu powoda zapewne. Ginącym gatunkiem, za którym chciałbym się wstawić przy okazji refleksji o niszczeniu Świata, jest instytucja zawezwania do próby ugodowej, uregulowana w przepisach o postępowaniu pojednawczym (art. 184 – 186 K.p.c.). Jeszcze niedawno po polskich sądowniczych stepach, wnioski w postępowaniu pojednawczym ganiały beztroskimi stadami, zaś dziś grozi im zagłada, która jest nieuchronna w mej ocenie.

Wnioski o zawezwanie do próby ugodowej, proceduralne rącze antylopy, szybsze niż inne zwierzęta, od zawsze żywiły się głownie przerwą biegu przedawnienia, przy czym – u zarania – pobierana od nich opłata sądowa była symboliczna. Stanowiły więc dane wnioski prosty instrument, nazywany czasem przeze mnie „kwalifikowanym wezwaniem do zapłaty”, który pozwalał na przedłużenie możliwości dochodzenia roszczenia w postępowaniu sądowym, niwelując ryzyka związane np. z przedłużającymi się negocjacjami lub niepewnością roszczenia, którego dokładna analiza, a tym bardziej przekucie w formułę pozwu, bywa czasochłonne.

Odkąd sięgam pamięcią, wnioski o zawezwanie do próby ugodowej kosztowały 40 zł. Następnie wprowadzono zasadę, że w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu przekracza 10.000 zł, opłata wynosi 300 zł. Koszty w tej wysokości były całkowicie akceptowalne, szczególnie gdy położyć je na szali paralelnie z podstawowym w praktyce sensem funkcjonowania zawezwań, czyli przerwaniem biegu przedawnienia (nawet jeśli sens praktyczny oderwał się nieco od sensu teoretycznego, dla którego postępowanie pojednawcze zostało powołane do życia przez ustawodawcę, czy innego Twórcę). Od 21 sierpnia 2019 r. opłata za zawezwanie do próby ugodowej wynosi jednak 1% wartości przedmiotu sporu. To już nieco dużo, szczególnie przy większych osobnikach, więc zawezwania głodują, karleją, znikają łan baj łan.

Jakby tego było mało, na komentowaną zwierzynę zasadzili się kłusownicy z Sądu Najwyższego. Niegdyś dumni myśliwi, którzy dbali o zdrowie gatunku zawezwania, którzy sformułowali istotne zasady dotyczące postepowania pojednawczego, jak tę podstawową, że roszczenie zgłoszone w zawezwaniu celem zawarcia ugody powinno być możliwie precyzyjne, zaś oznaczenie sprawy (art. 185 § 1 K.p.c.) nie zwalania wnioskodawcy od ścisłego sprecyzowania jego żądania, tak aby było wiadomo, jakie roszczenia, w jakiej wysokości i kiedy wymagalne, są objęte wnioskiem (Por. np. uzasadnienie wyroku Sądu Najwyższego z dnia 10 sierpnia 2006 r., V CSK 238/06), jak również tę podstawową zasadę numer dwa, choć doznającą wyjątków, iż drugie i kolejne zawezwanie do próby ugodowej w tej samej sprawie pomiędzy tymi samymi stronami nie osiągnie swojego celu, albowiem klony nie mogą być akceptowane, będąc stworzeniami pozornymi (Por np. wyrok Sądu Najwyższego z dn. 04 kwietnia 2018 r., V CSK 328/17), z czasem SN – w udawanej trosce o przestrzeń życiową, którą zawezwania bezsprzecznie odbierają innym gatunkom fauny sądowniczej – wyparł postępowania pojednawcze do głębokiej dżungli, wskazując na konieczność każdorazowego badania dopuszczalności wniosku, między innymi takimi stanowiskami jak przedstawione w ramach uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego z dn. 27 lipca 2018 r., sygn. akt: V CSK 384/17, w którym podano, iż „(…) sąd, do którego wpłynął wniosek o zawezwanie do próby ugodowej, powinien dokonać jego oceny nie tylko pod względem formalnym, ale również pod kątem dopuszczalności. W ramach oceny dopuszczalności wniosku o zawezwanie do próby ugodowej musi uwzględnić to, czy wystąpienie z nim nie jest – jako nadużycie uprawnienia procesowego – sprzeczne z dobrymi obyczajami (art. 3 K.p.c.). Jeżeli dokona w tym zakresie odpowiednich ustaleń na podstawie wniosku o zawezwania do próby ugodowej, okoliczności sprawy i – ewentualnie – stanowiska przeciwnika strony wzywającej i stwierdzi, że taka sprzeczność występuje, powinien odrzucić wniosek o zawezwanie do próby. (…)”.

Efekt działalności ustawodawcy oraz Sądu Najwyższego jest taki, że jako adwokat, nie będę nikomu rekomendował zawezwania do próby ugodowej jako instrumentu rozpoczynającego strategię procesową w przedmiocie jakiegokolwiek roszczenia, albowiem – po pierwsze – przy wysokiej wartości przedmiotu sporu, koszty opłaty są już dosyć wysokie, rzekłbym: niewspółmierne, zaś po drugie i z pewnością ważniejsze, każde zawezwanie jest dzisiaj obarczone (mniejszym lub większym) ryzykiem uznania za czynność stanowiącą nadużycie prawa procesowego – tym bardziej, że ustawodawca wprowadził ostatnio takie słowo w art. 4 (1) K.p.c., które sądy będą chciały zapewne uczynić ciałem – w konsekwencji czynność, która nie przerywa biegu przedawnienia.

Moje stanowisko nie może już zostać odwrócone odpowiedzią na wiszące dziś przed powiększonym składem Sądu Najwyższego pytania w sprawie IV CSK 107/20: 1) Czy zawezwanie do próby ugodowej może przerwać bieg przedawnienia roszczenia, a jeśli tak, czy przerwa biegu przedawnienia zależy od tego, czy wierzyciel, mając na względzie zachowanie dłużnika, mógł rozsądnie oceniać, że postępowanie pojednawcze doprowadzi do zawarcia ugody? 2) Czy jeżeli zawezwanie do próby ugodowej spowodowało przeprowadzenie postępowania pojednawczego, w postępowaniu rozpoznawczym dopuszczalne jest ustalenie, że nie przerwało ono biegu przedawnienia roszczenia? Wiem bowiem, że odpowiedź na powyższe pytania nie będzie jednoznaczna.

Szkoda mi zawezwania trochę jak śniegu. Można było tutaj ulepić kulkę i rzucić w dłużnika, przerwać przedawnienie. Teraz od razu trzeba się wybrać w wysokie góry i atakować przeciwnika procesowego kompleksową lawiną, czyli składać pozew. Konieczność każdorazowego organizowania wypraw wysokogórskich, będzie z kolei – w mojej ocenie – faworyzowała większych graczy lub największych, których przeważnie stać zarówno infrastrukturalnie jak i ekonomicznie, na sporządzenie kompleksowego pozwu z dnia na dzień. Nie znam się na dziele stworzenia instytucji procesowych i nieprocesowych, ale jako niestrudzonemu podróżnikowi po sądowych stepach i dżunglach, będzie mi brakowało zawezwania, rączej antylopy, wypartej ze środowiska.

Na koniec podnoszę, że byłem i pozostanę zwolennikiem „kwalifikowanego wezwania do zapłaty”. Uważam, że jest potrzebne w naszym ekosystemie i zgadzam się z tezą wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z dn. 20 listopada 2018 r. (I ACa 184/18), że występując z zawezwaniem do próby ugodowej, wierzyciel daje wyraz swojej wiedzy o istnieniu wymagalnej wierzytelności, wyraża ponadto jednoznacznie determinację w skorzystaniu z wymiaru sprawiedliwości, podejmuje czynność bezpośrednio zmierzającą do uzyskania zaspokojenia roszczenia przed właściwym sądem. Bez względu na powyższe, zastrzegam równocześnie, że znacznie bardziej mi żal wilka sycylijskiego, uchatki japońskiej, czy tygrysa kaspijskiego, więc jeszcze raz zachęcam do obejrzenia filmu Davida Attenborough zatytułowanego: „Życie na naszej planecie”.

Autor Grozy

Siedział nad klawiaturą przed czystą kartką wyświetloną na ekranie komputera „Lenovo X1 ThinkPad”, który otrzymał od swoich oprawców. Siedział przy stoliku turystycznym łamanym przez wędkarski, na krzesełku turystycznym łamanym przez wędkarski, wielce niewygodnym krzesełku, charakterystyczne metalowe rurki siedziska wpijały mu się w pupsko, żeby nie powiedzieć dupsko, które było obiektywnie za duże i niesymetryczne, to znaczy pupsko, nie siedzisko. Siedział i pocił się z wysiłku, wysiłku intelektualnego, zaś zwoje jego mózgu ukrytego w łysawej, szpetnej główce, jęczały jak tuwimowska lokomotywa lub stoper Arsenalu tracący trzy metry do środkowego napastnika wychodzącego „sam na sam” z ojczyźnianym bramkarzem. Siedział i trzęsły się jego ręce, harde ślunskie dłonie zaprawione w wyrywaniu ziemi czarnego złota, z dziada pradziada, babuni, Rudy Śląskiej. Siedział w kwadratowym pokoiku cztery na cztery metry, o nagich ścianach przywodzących mu na myśl chłodne koleżanki z technikum lub ulubione piwo Van Pur ze spirytusowym finiszem. Siedział w kwadratowym pokoiku z jednym zakratowanym oknem, pokoiku zabetonowanym na sztywno, pozbawionym drzwi, wyposażonym w świetlik przypodłogowy przypominający konstrukcję kryjówki Pietro Savastano z któregoś kolejnego sezonu serialu „Gomorra”. Siedział, lecz w przeciwieństwie do Pietro Savastano nie ukrywał się przed Policją, lecz został przed Policją ukryty, choć i tak nikt go nie szukał, bo niby po co. Siedział nad klawiaturą przed czystą kartką wyświetloną na ekranie komputera „Lenovo X1 ThinkPad”, który otrzymał od swoich oprawców. Siedział przy stoliku turystycznym łamanym przez wędkarski, na krzesełku turystycznym łamanym przez wędkarski, wielce niewygodnym krzesełku. Siedział w kwadratowym pokoiku zabetonowanym na sztywno, pozbawionym drzwi, i sam był sobie winien, o czym wiedział, bo wcale nie był taki głupi. Siedział, ponieważ zaufał znajomym z internetu, zaufał botom, zaufał fejkowym kontom, były dlań takie miłe, podnosiły tzw. poczucie własnej wartości do rozmiarów przeciętnego niedźwiedzia brunatnego, konta twitterowe z ładnymi fociami, znacznie cieplejsze niż ściany technikum, zapijane Van Purem, milsze niż smród jesieni unoszący się dymem ponad rodzinnymi familokami. Siedział, ponieważ został zaproszony do miasta w Holandii Południowej, deemką przyszło zaproszenie, e – mailem bilet na pociąg. Siedział i pocił się z wysiłku, wysiłku intelektualnego, zaś zwoje jego mózgu ukrytego w łysawej, szpetnej główce, jęczały jak tuwimowska lokomotywa lub stoper Arsenalu tracący trzy metry do środkowego napastnika wychodzącego na „sam na sam” z ojczyźnianym bramkarzem. Siedział, bo na peronie dworca Den Haag Centraal został trafiony czymś ciężkim w łysawą główkę, potem obudził się już w kostce rubika, nie wiedząc nawet, że kilka minut wcześniej został z niej wywleczony pisarz Twardoch, albowiem napisał, co miało zostać napisane, choć – jakby przez sen – słyszał nasz Bohater: „Zostawcie Miętkocha! Tylko nie Miętkoch!”, taka to była podobno miłość platoniczna pomiędzy prozaikami, ale tak naprawdę, to nie wiadomo. Siedział i wiedział, że o północy skończy się czas, a jeśli nie zdąży do północy napisać pierwszego rozdziału wielkiej powieści, zostanie ukarany, rzucony do przegryzienia krwiożerczym kurczaczkom. Siedział zamknięty w kwadratowym pokoiku i pocił się z wysiłku intelektualnego, czas uciekał, tik-tak, tik-tok, telefony w mojej głowie, gdy pancerny świetlik został uchylony i dało się usłyszeć głos jednego z oprawców, który kazał nazywać się Ćmelakiem: – Panie Piszasz! Zostaw Pan na chwilę wielką powieść, będzie tutaj na szybko skarga kasacyjna od jednego kolegi do napisania! Autor zemdlał. Groza

R. i tajemnica urzędówki cz. 3

Panie Autorze Synu Grindewalda… – zwrócił się do oskarżonego sąd w składzie jednoosobowym – … Rainholda proszę sądu, Synu Rainholda – przepraszająco wtrącił Twórca. – A jaka to jest różnica? Wszyscy są równi wobec prawa, w szczególności prawa karnego… – powiedział sąd – …ale tak naprawdę, to nie wiadomo – dodał po cichu tak, żeby nikt nie usłyszał. – Dlaczego oskarżony nie ma założonej maseczki, zgodnie z przepisami? Chę? – zapytał. –  Przepraszam sądu – odpowiedział oskarżony. – Wysoki Sądzie – poprawił wysoki sąd zasądzająco. – Wysoki Sądzie! – stanął na baczność Autor. – Następnym razem maseczka na twarz, inaczej to będzie zakwalifikowane jako nieobecność nieusprawiedliwiona. – zabrzmiało pouczenie. – E tam, mam wiele twarzy, kilka kont fejkowych, z któregoś się zaloguję – pomyślał Twórca.  

W tym czasie obrońca, adwokat R., nie myślał przez chwilę o sprawie, ale bujał w obłokach, a w zasadzie starał się przypomnieć film „Dzień próby” z Washingtonem i…, i Ethanem Hawkiem, nie zapominajmy o Ethanie, młodym idealiście. Tam sprawa również wydawała się z początku oczywista, z gruntu przegrana, po czym skręciła zupełnie nieoczekiwanie w drugą stronę. – A może będzie wszystkodobren – rozmarzył się R., i drugie uniewinnienie ujrzane na własne oczy w blisko dziesięcioletniej już karierze adwokata? Wbrew pozorom, adwokatowi R. z wojewódzkiego miasta S. zależało na karnych sprawach z urzędu nie mniej niż na rozwodówkach, jak nazywał przygodne, przelotne partnerki. Od dygresji wyabstrahował adwokata w tym momencie sąd, w składzie jednoosobowym oczywiście:

– To jak będzie, Panie Mecenasie? Cofacie ten sprzeciw, czy nie? Bo jak mówiłem wcześniej, ta kara, która jest, to ona jest….

– Nie, proszę sądu, nie cofamy – zachrypiał w pół refrenu adwokacina, brzmiąc jak wokalista kapeli country i cymbał zarazem, jednocześnie. – Oskarżony podjął decyzję, że będzie się procesować.

– Aha.. – westchnął sędzia. – Dobrze, w porządku. Chciałbym tylko zaznaczyć, że świadkowie, o których wnosiła w sprzeciwie obrona, to oni nie istnieją, żeby była pełna jasność. Mam tu awizację z wyraźną adnotacją: „adresat jest fikcyjny”.

– Istnieją – odpowiedział Autor, pewny siebie tak, jakby faktycznie był demiurgiem panującym nad dziełem stworzenia procesowego i nie-procesowego – sam ich wymyśliłem. Proszę zanotować nowy adres Pana Ćmelaka i Pani Joanny: [dźwięk zagłuszający słowa Twórcy]