Mundialorian – retrospekcje

Meksyk 1986

Z pierwszego mundialu, który zawędrował do mojej duszy (piłkarskie mistrzostwa świata chłonie się przede wszystkim nieistniejącą duszą, jak sądzę), mundialu w Meksyku, pamiętam w zasadzie tylko dwie sceny. Spiszę dopóki nie zapomniałem, bo sporo ostatnio zapominam. Najwyraźniej mózg ludzki ma ograniczone możliwości, niczym szafa na ubrania. Upychasz rzeczy potrzebne do pracy, więc mebel nie jest w stanie już udźwignąć krótkich spodenek z przeszłości. Gdy myślę o Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w Meksyku, to moje myśli rymują się z pierwszymi dwiema retrospekcjami Harmonijki z „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, które zostały zabawnie zacytowane przez Tarantino w „Django”. Widzę dosłownie dwie mundialowe sceny, jak za mgłą, jakbym miał wadę wzroku, którą – swoją drogą – od dzieciństwa mam w istocie całkiem sporą.

W pierwszej scenie jesteśmy całą rodziną (mama, tata, starszy brat, młodsza siostra) u dziadków od strony mamy. Siedzimy w niewielkim dużym pokoju, przy stole, część z nas na kanapie, część na krzesłach, coś jemy. Tylko ojciec nie siedzi przy stole, ale kilkadziesiąt centymetrów od telewizora, w rogu, na taborecie. Telewizor jest kolorowy, my mieliliśmy w tym czasie czarno-biały. Od czasu do czasu, ojciec podskakuje na siedzisku, coś tam mówi lub pokrzykuje jakby do siebie, dziadkowie dziwnie na niego patrzą. Trwa mecz Polska – Brazylia, tego jestem pewien. Jestem również pewien, że w którymś momencie, tata mówi nieco głośniej, że Boniek próbował nożycami (muszę sprawdzić, czy faktycznie była taka sytuacja, że Boniek próbował nożycami, kiedyś sprawdzę), a potem, po pewnym czasie, jest zawiedziony i zrezygnowany.

Dziadkowie mieszkali przy ulicy Brazylijskiej, zabawne.

W drugiej scenie z Meksyku, która – jak dedukuję – musiała nastąpić nieco później, jestem w mieszkaniu u dziadków od strony mamy, ale wyłącznie ze starszym o rok i cztery miesiące bratem. Rodzice i dziadkowie musieli widocznie gdzieś pojechać w ważnych sprawach dorosłych. Patrzymy w kolorowy telewizor ustawiony w rogu pokoju, przy wyjściu na kwadratowy balkon, w mecz finałowy Niemcy – Argentyna. Brat jest bardziej obeznany z piłkarską sytuacją niż ja, a kibicuje – chyba – Argentynie (za cztery lata będzie kibicował i Niemcom i Argentynie, będzie miał w kapslowym arsenale te właśnie dwie drużyny, podczas gdy ja wypuszczę kapslami na dywan Belgię i Holandię), coś mi tłumaczy, że Maradona to i tamto, przepraszam – obraz mi się rozmywa. Podoba mi się nazwisko „Littbarski, bo brzmi znajomo. Brat się cieszy, że wygrywa Argentyna, choć bardzo zarazem docenia postawę Niemców.

Być może, tak właśnie było.

Włochy 1990

Najpierw – jeśli masz szczęście, tak jak ja – wzorem jest ci ojciec. Czyta te wszystkie książki spadające z zawalających się regałów, część na dobranoc; złoży ci rower; nauczy grać w szachy; wyjdzie pokopać wspólnie piłkę w weekend; zaprowadzi w wakacje do lasu, pouczając, że w lesie trzeba być cicho i nie hałasować, rozglądać się dookoła, patrzeć pod nogi, aby niczego nie rozdeptać, wyjaśni czym się różni prawdziwek od szatana, albo ślady sarny od śladów zająca, zwróci uwagę na wojnę mrówek; będzie przypominał, że w Twoim wieku, miał już trzy razy przeczytaną Trylogię, całego Dumasa, czy innego Curwooda, choć mimo to utuli wciąż cierpliwie po zachodzie słońca, przygodami Tomka na tropach Yeti.

Potem – szczególnie jeśli jesteś kopnięty w głowę, tak jak ja – pewnego dnia, zazwyczaj we wczesnej podstawówce, przychodzą po ciebie piłkarze, wyrywają z domu na podwórko, na boisko, do kolegów, w dzikie gonitwy, dzikie bandy Sama Peckinpaha.

Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, wszystkie rodziny z dziećmi tego biednego wówczas kraju na skraju bankructwa, nawiedzali trzej Holendrzy: Rijkaard, Gullit, i Van Basten. Obiecywali lepsze życie i wspaniałe przygody. Przedstawiali się jako głębocy humaniści, którym na sercu leży piękno i dobro człowieka, co wyrażali poprzez swoją piłkarską postawę, malując obrazy na nigdzie indziej nie spotykanym, flamandzkim poziomie. W 1988 r., na Mistrzostwach Europy, przywdziewali najpiękniejsze i nigdy więcej w historii nie powtórzone koszulki, cieniowane pomarańczami o różnych intensywnościach smaku, zaś w finale – po legendarnym woleju Van Bastena – pokonali Związek Radziecki. Czy potrzeba czegoś więcej, aby stać się wzorem dla dorastającego młodzieńca, takiego jak ja? Porwali mnie, taka prawda, a ja się nie opierałem ani przez chwilę, tylko ruszyłem za nimi na mundial we Włoszech w 1990 r., za obietnicą złota, które z pewnością mieliśmy znaleźć.  Rijkaard, Gullit, i Van Basten. Dobry, zły, i brzydki.

W 1990 r. zawzięcie kibicowałem więc Holandii. Przewyższający mnie o rok i cztery miesiące brat trzymał kciuki za Niemcami oraz Argentyną. Wychodziliśmy z kolegami na pobliskie naszym blokom żużlowe boisko, albo szliśmy nieco dalej, na przestronne klepisko szkolne. Udawaliśmy swoich ulubionych zawodników inaczej niż dzisiejsze huncwoty brykające po orlikach. Zamiast zakładać mniej lub bardziej udane repliki strojów piłkarskich naszych idoli, po prostu darliśmy się na całą gębę prowadząc futbolówkę, żeby było wiadomo kim w danej chwili jesteśmy: Maradoną, Burruchagą, van Bastenem, Rijkaardem.

Jak powinno było już przebłysnąć w poprzedniej retrospekcji – albowiem bywa tak, że westernowe retrospekcje wzajemnie się zazębiają, aby stworzyć jeszcze bardziej niedopowiedzianą całość – stworzyliśmy ze starszym bratem po dwie ekipy piłkarskie złożone z kapsli. On miał w arsenale Niemcy i Argentynę, podczas gdy ja wypuszczałem kapslami na dywan Belgię i Holandię. Pamiętam, że to wspaniały proces, tworzenie drużyn z kapsli. Najpierw trzeba było zdobyć i wyselekcjonować kapsle w odpowiedniej liczbie (w tym – dla rezerwowych), oraz znaleźć składy na mundial, najprawdopodobniej w magazynie „Piłka Nożna”, potem namalować flagi o odmierzonej wielkości, dokładnie przepisać nazwiska piłkarzy, następnie skleić wycięty kartonik (mini dzieło sztuki) z kapslem, jego wnętrzem. Najlepsi zawodnicy dostawali najlepsze, najbardziej efektowne kapsle, szybsze i bardziej zwrotne od innych. Na dywanie, Holandia wygrywała zarówno z Niemcami, jak i z Argentyną.

Prawdziwe mundiale nie są jednak rozgrywane na dywanie, ale tak naprawdę, to nie wiadomo, bo kto mi wmówi, że mundial w moim dużym pokoju nie jest prawdziwszy od mundialu na zielonej polanie we Włoszech, a kapsle to wyłączenie wyobrażenie? Nikt mi nie wmówi! A ja dodam: a może jest na odwrót? Jest to jednak dyskurs czysto teoretyczny, bo niezależnie od tego, który mundial w 1990 r. był bardziej prawdziwy, mecz pomiędzy Niemcami i Holandią rozegrał się również poza dywanem, czyli w telewizji, na radzieckim, 14 – calowym odbiorniku

Na mundialu we Włoszech po raz pierwszy straciłem złudzenia, w sensie, że się tak wyrażę  literackim, wyjętym z francuskiej XIX – wiecznej powieści. Nie chodzi mi wcale o jakiś „koniec marzeń panowie” Dariusza Szpakowskiego (niech katarska pustynia przyniesie mu wieczną chwałę), nie chodzi mi wcale o wynik meczu Niemcy – Holandia, tym bardziej, że Holendrzy grali w mojej opinii świetnie, choć przegrali 1:2. We Włoszech zdradził mnie Rijkaard. Mnie lub moje ideały, bo ja i moje ideały, to być może, niekoniecznie równoważne konstrukcje. Najpierw przyszedł razem z Gullitem i van Bastenem, porwali z domu, jak wspomniałem, stanowili dla mnie jedną kompletną całość, opowiadali o wielkich czynach i honorze, po czym Rjkaard w końcówce mundialowego starcia z Niemcami opluwa dwukrotnie Völlera. A jemu ufałem najbardziej, traktowałem jako Obrońcę. Tego nie robi się dziecku. To sytuacja jak z pojedynku Obi-Wana Kenobiego z Anakinem Skywalkerem, gdy pierwszy przez łzy wykrzykuje: „Byłeś wybrańcem, miałeś ocalić Galaktykę”. Pamiętam prawdziwe, szczere zagubienie, rozczarowanie, i pamiętam, że musiałem wrócić do domu z wycieczki po złoto, tak jak Rijkaard, Gullit, i van Basten musieli wrócić. Poszliśmy w różne strony, nie odwracałem się za siebie. Potem oczywiście spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, między innymi za kolejne cztery lata – w Texasie, ale nie byłem już wówczas takim naiwniakiem jak w 1990 r., ani oni nie byli już dla mnie takimi szeryfami jak wcześniej.

Słyszałem, że Völler wybaczył Rijkaardowi, że pogodzili się.

Ja Rijkaardowi nigdy chyba nie wybaczyłem. Przykro mi

1994

Francja 1998

W 1998 r. chodziłem do czwartej klasy liceum, zaś w dzień otwarcia mundialu we Francji, osiągnąłem pełnoletniość. Czas jest zabawnym zagadnieniem lub paradygmatem, tak jak spostrzeżenie, że gdy prawnik stosuje spójnik logiczny „lub”, to nie jest zazwyczaj pewny, która ze spajanych wartości jest prawdziwa. Przeszłość lub przyszłość lub teraźniejszość, wszystko jest jednym, przeciągłym, nakładającym się na siebie wyobrażeniem lub przemijaniem. W 1998 r. dopadłem i obejrzałem na jakimś rosyjskim kanale telewizyjnym wszystkie po kolei filmy Sergio Leone. W każdym jednym wracałem do retrospekcji, wciąż wracam, są jak pozytywka.

Gdyby futbol był religią, to w roku 1998 poszedłem w pełną herezję, albowiem najważniejsza stała się dla mnie koszykówka. Gdy kończyłem dwutakt na niebroniony kosz, to po wykonaniu rzutu, zawsze klepałem otwartą po wypuszczeniu piłki dłonią w tablicę. Łup! Nad łóżkiem zawisł plakat Charlesa Barkleya.

Po maturze piłem piwo w lokalu pod nazwą „Paryski”, w którym bywała podobno Agnieszka Osiecka, ponieważ znajdował się w niedalekiej odległości od mojego liceum. Po egzaminie na studia, piłem piwo w lokalu pod nazwą „Giovanni”, znajdującym się w piwnicy przy bramie Uniwersytetu Warszawskiego. Tam oglądałem mecz Holandia – Argentyna, czyli pomimo herezji koszykarskiej, ciągnęło mnie z powrotem do piłkarskiego kościoła. Na marginesie, porównanie religijne jest w tym przypadku o tyle trafne, że tak jak większość ludzi wierzy w tego samego boga, choć inaczej, tak uderzenie piłką w głowę, jest tym samym uderzeniem, bez względu na to, czy trafia cię futbolówka czy piłka koszykarska, w dodatku nie jest przesądzone, które uderzenie jest bardziej bolesne.

Mam jeden istotny przebłysk. Po latach upokorzeń Reprezentacji Polski przez Anglików, doznałem syndromu sztokholmskiego i zacząłem kibicować piłkarskim Synom Albionu. Po części był to również efekt następującej koincydencji lub konsekwencji lub związku przyczynowego: Holandia – Bergkamp – Arsenal – Premier League. Związek przyczynowy sine qua non lub adekwatny związek przyczynowy.

Wracając do przebłysku. Podążałem wieczorem do domu z Agrykoli (warszawskiej ojczyzny ulicznej koszykówki), spieszyłem się na mecz Anglia – Argentyna. Wyskoczyłem na przystanku z autobusu, a na przejściu dla pieszych próbowało mnie zatrzymać czerwone światło. Nie zatrzymało, przebiegłem. Niepozorny człowiek, który grzecznie czekał przed zebrą po drugiej stronie ulicy, okazał się policjantem, wyciągnął legitymację, i powiedział „STOP!”. Skończyło się na pouczeniu, ale pouczeniu przeciągłym, zatem na mecz się spóźniłem, a było to arcyciekawe starcie, jak miało się okazać. Anglicy przegrali. Wtedy mi to wybitnie nie pasowało, a dziś myślę, że bardzo dobrze, że odpadli, a Argentyna przeszła dalej.

Tamten Stanisław był jakiś dziwny. To musiał być Staszek.

Korea i Japonia 2002

Gdy patrzę z dzisiejszej perspektywy, to zdaje mi się, że mundial jest przeznaczony przede wszystkim dla dzieci w wieku szkolnym. Kto inny bowiem ma czas, aby śledzić te wszystkie mecze, rozgrywane przecież również w godzinach wczesnopopołudniowych? Kto jeszcze ma tyle niewinnego zapału, aby wybiec z kolegami na boisko, aby zgrywać bohaterów i antybohaterów, Indian i kowbojów? Kto inny niż dzieci w wieku szkolnym ma nadzieję, że sam zostanie wielkim piłkarzem?

W 2002 r. niestety nie byłem już dzieckiem w wieku szkolnym, a może na szczęście nim już nie byłem, choć lubiłem wówczas wciąż żartować, że chodzę na zajęcia sportowe po to, właśnie po to, aby selekcjoner wreszcie dostrzegł mój niekwestionowany talent i powołał do Reprezentacji Polski.

Korea i Japonia była dla mnie mundialem przełomowym, albowiem wówczas to ostatecznie przeciąłem pępowinę. Futbol (jak zapewne wynika z innych retrospekcji) zawsze był obecny w moim domu, a mecze Reprezentacji Polski stanowiły wydarzenia o charakterze rytualnym. Brat oglądał w skupieniu, raczej racjonalnie, ojciec refleksyjnie, ja z kolei emocjonalnie, jakimś pożarem, który gasił ojciec, choć pamiętam, że przecież od dziecięcia pozwalał przeklinać, jakby piłkarski mecz stanowił okoliczność wyłączającą w tym przypadku winę za czyn – jakby nie było – zasadniczo zabroniony. Mieliśmy niepisaną umowę, że co by się nie działo, mecze Reprezentacji oglądamy razem.

W 2002 r. wyprowadziłem się z domu i po raz pierwszy oglądałem mundial z małżonką, która uwielbia piłkę i zna się na futbolu lepiej niż ja (muszę tak napisać, ponieważ istnieje ryzyko, że przeczyta, wiadomo).

Jeśli mi utkwiło w pamięci coś stricte piłkarskiego, stricte westernowego, czytelna retrospekcja, to jest to mecz Polska – Portugalia, który rzetelnie został uwieczniony dla kultury narodowej przez Maleńczuka śpiewanym felietonem zatytułowanym „Mundialeiro”.

Najlepiej pamiętam zmagania obrońcy Tomasza Hajty z napastnikiem Paulettą. Padał deszcz, wiec jeśli miałbym szukać ruchomego obrazu pod tę konfrontację, wybrałbym „Potop” Jerzego Hoffmana i pojedynek Kmicica z Wołodyjowskim (który to pojedynek, skoro wspomniałem we wcześniejszych akapitach ojca, to muszę za nim dodać, w powieści nie rozgrywa się w deszczu, lecz w nocy, przy pochodniach, ale zapomniałem, że wy, dupki, wciąż nie czytaliście Trylogii, jak zwykł do nas mówić). Hajto z tą swoją żelem ułożoną fryzurą, która okrutnie została rozpuszczona przez wodę lejącą się z niebios i przeszła w galaretę, miotający się bezradnie za Portugalczykiem, w istocie przypominał Kmicica, którego Jerzy Michał kwituje nieśmiertelną ripostą słyszaną niegdyś w każdym polskim domu przy okazji większości świąt kościelnych, brzmiącą: „Waść machasz jak cepem”, gdy Pauletta strzela trzecią swoją bramkę. Gdybym miał ustalić, kto w pojedynku Polski i Portugalii, Hajty i Pauletty był protagonistą, kto antagonistą, nie miałbym dziś żadnych wątpliwości.

Bez względu na wyraziste postacie, „Futbola na tak” okazał się strasznym kiczem, przechodząc płynnie w „JEPUP” (pozdro dla kumatych)

Piłem tyskie piwo i wywiesiliśmy w oknie flagę.

Niemcy 2006

Podczas mundialu w 2006 r. mieszkaliśmy w kawalerce przy ul. Waszyngtona, na Kamionku. Mieszkanie działało jak szklarnia, odwrócone oknami w stronę południową, jeśli się nie mylę, w stronę linii tramwajowej łączącej wschód z zachodem Warszawy, prawą i lewą stronę miasta. W letnich miesiącach budziłem się zlany potem, ponieważ słońce zaczynało się dobijać przez szyby od samiuśkiego wschodu. Małżonka zawsze wybiera duchotę, gdy alternatywą jest hałas, więc wpuszczaliśmy gorąc, zatrzaskując okna przed tramawajami. 24 metry dzieliliśmy z karaluchami, jak to czasem trzeba w starym budownictwie. Nic przyjemnego, ale cóż, życie, tak zdobywano Dziki Zachód. Za kawalerkę płaciliśmy chyba z tysiąc dwieście plus rachunki, przesympatycznemu emerytowi, który wciąż podrywał mi żonę i wiecznie jej opowiadał o swoich wspaniałych synach, zaś developer spóźniał się drugi rok z oddaniem mieszkania na kredyt. Popsuła się lodówka, więc kupiliśmy nową, tę samą w której gra piłkarska Barcelona. Nie był to dobry wybór, albowiem nowa lodówka chrapała w nocy bardziej jak ja. Ale czy inna by nie chrapała?

Paweł Janas nie wybierał lodówek, nawet jeśli miał w przeszłości coś wspólnego z firmą Amica, natomiast selekcjonował piłkarzy na mundial w Niemczech, wiec nie obyło się bez narodowej strzelaniny w OK Corral. Najlepszy rewolwerowiec, który zjawiał się znikąd zawsze wtedy, kiedy było trzeba, został w domu. Tomasz Frankowski tego nie rozumiał, i piłkarska Polska również nie rozumiała, ale może była to racjonalna decyzja, skoro Frankowski przestał grać w piłkę klubową? Nie wiem, nie mnie osądzać. Znałem wielu gości, którzy osądzali, a potem sami musieli wyjść na boisko piłkarskie albo do koszykówki, i wtedy miękli, jak żarcie w rozmrożonej lodówce.

Pomimo że oboje z żoną pracowaliśmy, utrzymywaliśmy się w sumie tylko dzięki pomocy mojej teściowej, i gdyby nie ona, to pewnie byśmy nie przetrwali. Niech to wybrzmi w niniejszej retrospekcji, tak będzie dobrze i słusznie, albowiem taka jest właśnie prawda: sprawiedliwa, najlepsza Teściowa.

Na premierowy mecz z Ekwadorem, który odbywał się w przededniu moich urodzin, zaprosiłem starszego brata, z którym nie byłem pokłócony. Mundiale zawsze chodziły w parze z moimi urodzinami, dopóki Katar nie okradł poniżej podpisanego z prezentu, być może powinienem wystąpić o wysokie odszkodowanie.

Mundial 2006 był dla mnie w pewnym stopniu, powrotem do dzieciństwa, albowiem małżonka wniosła w posagu nieduży, kolorowy telewizor, który przypominał mój rodzinny radziecki 14 – calowy odbiornik z czasów włoskich mistrzostw w 1990 r. Ustawialiśmy go na krześle, siadaliśmy na podłodze i oglądaliśmy z plecami opartymi o kanapę. Piłkarze grali, piłem z bratem piwo, nie pamiętam jakie piwo, być może tyskie, choć trzeba zaznaczyć, że wybór piwa w sklepach zwiększał się rok do roku. Ekwador kopał naprawdę nieźle, i było trochę przykro, że nasi przegrywają, ale nie potrafiłem dojrzeć w telewizorze jakiekolwiek szansy na zwycięstwo. Piwo kopało również. Mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor, tak miało to lecieć, jak cztery lata wcześniej. Gdyby można było wpuścić na boisko naszą potężną barcelońską lodówkę! Ona zmiotłaby Ekwadorczyków, a potem Niemców także. Z rozpędu, z operowo głębokim, nocnym pomrukiem. Naszej lodówki Paweł Janas jednak nie powołał.

Być może bardziej wtedy rozmawiałem z bratem niż oglądałem mecz?

Wypiłem dużo piwa i po wyjściu brata, już późną nocą, zasnąłem na podłodze pomiędzy łazienką i łóżkiem. Ciekawe, czy się obudziłem.

2010

2014

2018

2022

Mundialorian

Jak wielokrotnie wskazywałem w poprzednich pismach: życie jest westernem, pisane italikiem.

Nic dziwnego zatem, że większość filmów, a nawet seriali, to westerny, a ściślej rzecz biorąc: antywesterny. Po prostu wielcy reżyserzy, czyli z założenia – przede wszystkim, choć nie wyłącznie – twórcy włoscy oraz makaroniarz Quentin Tarantino, dążą do uniwersalnego uwiecznienia istoty ludzkiej egzystencji na srebrnym ekranie taką, jaką ona jest, bez przesadnego oglądania się na rzeczywistość, wykładaną klasycznymi zmysłami, która – jak wiadomo – bywa najbardziej zwodnicza i czasem warto się jej wystrzegać, poszukując prawdy obiektywnej, artefaktu tak mitycznego jak Święty Graal, i równie jak Święty Graal zaginionego na zawsze.

Świat jest zakłamany, przeżarty złem pierwotnym, uczynionym przez ludzi, oraz złem wtórnym – także, przez ludzi uczynionym, dodatkowo świat jest brzydki, to pewne, zaś jedynie uzupełniająco być może – dobry, ale nawet jeśli dobry, to wyłącznie ironicznie, najczęściej: bezimiennie. W konsekwencji,  nie można o nim opowiedzieć zupełnie na wprost, albowiem każda relacja, która miałaby być w intencji rzetelna, jest u źródła zatruta złem lub brzydotą, czyli wypaczeniem, nawet jeśli są wyjątki, które potwierdzają regułę. Tak podpowiada mi wiedza czerpana z postępowań sądowych, wiem o czym piszę. Widziałem ludzi, którzy mówili prawdę na jakiś temat i ludzi którzy na ten sam temat również mówili prawdę, choć zupełnie inną, przeciwstawną, a wszyscy byli do swojej racji stuprocentowo przekonani: powodowie, pozwani, biegli, czy uczestnicy, na końcu: sędzia, drugi sędzia, i trzeci sędzia.

Stąd być może właśnie wzięła się słuszna idea antywesternu, aby ustawić i odpowiednio zakrzywić spojrzenie, prawdopodobne opowiedzieć poprzez mniej prawdopodobne lub zmyślone, ale wyraziste i krwiste, zaburzyć proporcje i wystrzelić ze sztucera Henry’ego, że się tak wyrażę, a mam nadzieję, że szanowny Czytelnik nadąża. Jestem głęboko przekonany, że poprzez buńczuczne spojrzenie rzucone spod kapelusza, poprzez pieśń harmonijki wyłaniającą się zza pisku kół hamującego pociągu na stacji kolejowej, gdzieś daleko, w nadprzestrzeni, że tym sposobem można dojść do pierwotnej prawdy o człowieku lub usłyszeć ją w muzyce mistrza Morricone.

Dopiero westernowe dotknięcie pozwala wyjść z półmroku i nabrać perspektywy. Takie jest moje stanowisko, a zajmowałem w karierze stanowiska znacznie bardziej kuriozalne, i to wcale nie pisząc ich kursywą.

Przyjdzie wtedy jeden z drugim, druga z trzecią, lub na odwrót i rzekną, że to nieprawda, że to nie jest możliwe, aby wszyscy w jakimś miasteczku co do jednego byli źli, tchórzliwi, skorumpowani, że nieprawdziwą jest oscarowa piosenka D.Tomkina pt. „High Noon”: „Powiem wszystko tak, jak było/Miał stu przyjaciół powiem wam/I miał dziewczynę bardzo miłą/I co miał z tego, i co miał z tego/Gdy przyszła bieda został sam (…)” A ja odpowiem: głupcy, co nie potraficie czytać między proporcjami. Zazwyczaj jestem wyrozumiały być może, ale nie dam obrażać westernu.

Wracając jednak do poruszonej w jednym z poprzednich akapitów, i z pewnością nieprzypadkowej „nadprzestrzeni”. Najwspanialszym antywestrnem ostatnich lat jest gwiezdnowojenny „Mandalorian”. Mistrzostwo Świata w piłce nożnej od pierwszej sceny w saloonie czy tam kosmicznej kantynie (nieistotny detal, kto by się przejmował prawdą zakłamaną, celowo zakrzywioną w sosie pomidorowym), od pierwszego wycia śnieżnej wichury i pojawienia się w drzwiach samotnego rewolwerowca, łowcy nagród. Posługując się czytelnym porównaniem: „Mandalorian” przypomina między innymi „Prawo forsy” („Bounty Law”), fikcyjny serial stworzony przez Tarantino dla potrzeb obrazu „Pewnego razu w Hollywood” (a które to „Bounty Law” być może wkrótce wybije się na niezależność), a za nim, za tą fikcją w fikcji: wszystkie odcinkowe opowieści, stanowiące dlań niewątpliwą, prawdziwą inspirację.Jest w „Mandalorianinie” opowieść o drodze i motyw starego wilka opiekującego się szczenięciem, jest fletnia Morricone. Jest w nim wszystko lub prawie wszystko. Co jednak być może najistotniejsze z punktu widzenia niniejszego wpisu, poza archetypem zaczerpniętym z „Odysei” – podróży z planety na planetę, są w arcydziele Dave’a Filoniego retrospekcje, urywki z przeszłości głównego bohatera, dzięki którym można próbować dekodować czas teraźniejszy i przyszłość.

Retrospekcje są dla mnie solą westernu do tego stopnia, że sam mam urywki z oglądania westernów w dzieciństwie razem z ojcem lub bratem. Retrospekcje występują w każdym szanującym się antywesternie, tak jak występują w życiu. Retrospekcje stanowią w szczególności klucz takich obrazów Sergio Leone jak: „Za kilka dolarów więcej”; „Garść dynamitu”, „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, „Dawno temu w Ameryce”, westernów być może najlepszych (w każdym razie z tych najbardziej znanych), a ściślej rzecz biorąc: antywestrenów. Nikt nie zrozumie Mortimera i jego antagonisty, jeśli nie dojrzy czasowego przebłysku w dźwięku pozytywki, ani nie zrozumie Seana, jeśli nie będzie wiedział cóż on najlepszego lub najgorszego nawyprawiał podczas fikcyjnej rewolucji w północnej Irlandii, ani nie zrozumie Charlesa Bronsona, jeśli nie usłyszy pieśni Harmonijki śpiewanej przezeń dla brata, że o Noodlesie z „Dawno temu w Ameryce” nie wspomnę, tym bardziej i albowiem, że całe arcydzieło wieńczące przedwcześnie niestety zakończoną twórczość Loene z 1984 r., jest z pewnością jedną potężną trójwymiarową retrospekcją. Konkludując: nie ma westernu bez retrospekcji, nie ma świata bez retrospekcji, i nie ma człowieka bez retrospekcji. Albo co najmniej: być nie powinno

Jaki to ma związek z mundialem? – zapytacie.

Mundial to także western, tym bardziej, że aktualne Mistrzostwa Świata odbywają się na planecie Tatooine – odpowiem – a zanim piłeczka dotarła do piaszczystej jak okiem sięgnąć ojczyzny Luka Skywalkera rządzonej przez okrutną, tyraniczną i przestępczą żabę, podróżowała przez inne, liczne planety, albo ja podróżowałem  A tak zupełnie szczerze: mundial to przede wszystkim retrospekcja lub retrospekcje, wspomnienia, zaś w najbliższym czasie – o ile ziszczą się warunki i pozwolą możliwości – zamierzam odpalić przebłyskiem kilka westernowych retrospekcji (za garść dolarów oczywiście), a kilka się nazbierało. Kilka mniej lub więcej. Czasem  zastanawiam się ostatnio, czy nie znalazłem się już przypadkiem (lub wcale nieprzypadkowo) w połowie opowieści:

1986

Z pierwszego mundialu, który zawędrował do mojej duszy (piłkarskie mistrzostwa świata chłonie się przede wszystkim nieistniejącą duszą, jak sądzę), mundialu w Meksyku, pamiętam w zasadzie tylko dwie sceny. Spiszę dopóki nie zapomniałem, bo sporo ostatnio zapominam. Najwyraźniej mózg ludzki ma ograniczone możliwości, niczym szafa na ubrania. Upychasz rzeczy potrzebne do pracy, więc mebel nie jest w stanie już udźwignąć krótkich spodenek z przeszłości. Gdy myślę o Mistrzostwach Świata w Meksyku, to moje myśli rymują się z pierwszymi dwiema retrospekcjami Harmonijki z „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, które zostały zabawnie zacytowane przez Tarantino w „Django”. Widzę dosłownie dwie sceny, jak za mgłą, jakbym miała wadę wzroku, którą – swoją drogą – od dzieciństwa mam w istocie całkiem sporą.

W pierwszej scenie jesteśmy całą rodziną (mama, tata, starszy brat, młodsza siostra) u dziadków od strony mamy. Siedzimy w niewielkim dużym pokoju, przy stole, część z nas na kanapie, część na krzesłach, coś jemy. Tylko ojciec nie siedzi przy stole, ale kilkadziesiąt centymetrów od telewizora, w rogu, na taborecie. Telewizor jest kolorowy, my mieliliśmy w tym czasie czarno-biały. Od czasu do czasu, ojciec podskakuje na siedzisku, coś tam mówi jakby do siebie, dziadkowie dziwnie na niego patrzą. Trwa mecz Polska – Brazylia, tego jestem pewien. Jestem również pewien, że w którymś momencie, tata mówi nieco głośniej, że Boniek próbował nożycami (muszę sprawdzić, czy faktycznie była taka sytuacja, że Boniek próbował nożycami, kiedyś sprawdzę), a potem, po pewnym czasie, jest zawiedziony i zrezygnowany.

Dziadkowie mieszkają przy ulicy Brazylijskiej, zabawne.

W drugiej scenie z Meksyku, która – jak dedukuję – musiała nastąpić nieco później, jestem w mieszkaniu u dziadków od strony mamy, ale wyłącznie ze starszym o rok i cztery miesiące bratem. Rodzice i dziadkowie musieli widocznie gdzieś pojechać w ważnych sprawach dorosłych. Patrzymy w kolorowy telewizor ustawiony w rogu pokoju, przy wyjściu na kwadratowy balkon, w mecz finałowy Niemcy – Argentyna. Brat jest bardziej obeznany z piłkarską sytuacją niż ja, a kibicuje – chyba – Argentynie (za cztery lata będzie kibicował i Niemcom i Argentynie, będzie miał w kapslowym arsenale te właśnie dwie drużyny, podczas gdy ja wypuszczę kapslami na dywan Belgię i Holandię), coś mi tłumaczy, że Maradona to i tamto, przepraszam – obraz mi się rozmywa. Podoba mi się nazwisko „Littbarski, bo brzmi znajomo. Brat się cieszy, że wygrywa Argentyna, choć bardzo zarazem docenia postawę Niemców.

Być może, tak było.

1990

1994

1998

2002

2006

2010

2014

2018

2022

Zakaz stadionowy

Najgorszy jest Staszek. Smoła drzemiąca w człowieku. Smoła wymieszana z żółcią, potrafiąca sama się z siebie zagotować i wykipieć uszami, oblepiając Stanisława najpierw od wewnątrz, prowadząc do poparzenia i czarnego krzyku jak u Munka.

Nie wiem, skąd wziął się Staszek. Chciałbym aby go nie było, ale jest. Bulgocze gdzieś pod spodem z radości w te wszystkie pozornie potoczyste rozprawy pomiędzy którymi trzeba napisać w nocy pismo procesowe. Uwielbia ostatni dzień terminu i odliczanie numerków na poczcie do północy. Wtedy wzbiera na sile i wyczekuje najlepszego momentu, zaczyna pulsować rzucanymi w czkawce „kurwami”.

Są trzy sposoby na Staszka, bo wiem, że on tam jest, niestety niedoskonałe. Staszka można zabiegać, zajeść, lub zaczytać.

Na bieganie Stanisław nie ma już siły, naprawdę. Próbowałem po wielokroć wracać do sportowej aktywności, ostatnio do koszykówki, do kolegów sprzed lat, niestety bezskutecznie z najróżniejszych przyczyn, zawsze wyskoczy jakaś przeszkoda na ostatniej prostej. Kiedyś Staszek był zabiegany na amen, i to były być może najlepsze czasy dla Stanisława. Zajadanie Staszka praktykuję jak najbardziej, najchętniej świeżym pieczywem w soboty i ciastem, ale ma ono efekt krótkotrwały, finalnie bardzo często odwrotny od zamierzonego. Zaczytać Staszka można filmem, serialem lub książką, jak każdego być może, zmuszając do żeglugi przez kilka godzin w innym kierunku, zrzucając winę na antybohaterów.

Staszek jest silny. Stanisław się z nim mocuje, ale ostatnio przegrał.

Był dziecięcy mecz, trzynastolatków. Najpierw Staszek zaczął miotać pod nosem, że tak się nie gra, że gdzie jest pressing, czego oni ich uczą na litość boską, dlaczego nie z pierwszej piłki, czemu nie na dwa kontakty. Dobra małżonka uspokajała, najlepsza małżonka, ale niezabiegany i niezajedzony Staszek, jakiś niezaczytany bo z samego rana, już od środka bulgotał. W końcówce trener przeciwnej drużyny zaczął się kłócić z sędzią, krzyczeć na niego zaczął, że piłka powinna być w drugą stronę. Staszek wstał, chwycił za szyję Stanisława, za gardło, i wykipiał:

– PANIE TRENERZE, DO BUDY!!!

Wszyscy rodzice z naszej drużyny się spojrzeli zdziwieni, bo nie znali dotąd Staszka, znali tylko Stanisława, ktoś szepnął „no bez przesady”, a jakieś kobiety z drużyny przeciwnej, z przestrachem w oczach zapytały głośno: – Panie, do jakiej budy?! Na co Staszek Stanisław odkrzyknął:

– JAK TO DO JAKIEJ?, DO TRENERSKIEJ!!!

Po czym Staszka ugasił wstyd Stanisława. Syczało. Wstałem i wyszedłem.

Na razie nie wrócę, nałożyłem na siebie zakaz stadionowy.

Proces w Katowicach, Witkacy w Warszawie

Wit Stwosz, wieki artysta późnego gotyku był Niemcem, nazywał się Veit Stoss, nawet jeśli przez długie lata tworzył w Polsce, a jednym z jego najwybitniejszych dzieł jest ołtarz główny Kościoła Mariackiego w Krakowie, wykonany w latach 1477 – 1489. Jednym z najciekawszych wątków w życiorysie rzeźbiarza, jest spór prawny, w jaki się wdał po powrocie do Norymbergii. Twórca miał zainwestować wysoką kwotę w spekulacje tekstylne, której nie mógł odzyskać, następnie sfałszował dokument poręczenia, co jednak zostało ujawnione. Veit Stoss został pociągnięty do odpowiedzialności karnej, która – w wyniku nadzwyczajnego złagodzenia kary – polegała finalnie na wypaleniu mu piętna na policzkach.

Idąc równym marszem z dworca kolejowego do Prokuratury Okręgowej w Katowicach, ulicą Wita Stwosza, pod górę, pomyślałem, że trudno o lepszego patrona dla drogi, którą podążam. Niemiec i przestępca – Katowice i prokuratura, równanie, jak się wydaje, idealne tak z historycznego jak i matematycznego punktu widzenia. Trochę oszukuję, przepraszam (całe życie w kłamstwie, jak to adwokat), bo o życiorysie Wita Stwosza pomyślałem dopiero nieco później, kiedy już wracałem na dworzec, albo nawet jeszcze później, w każdym razie, chronologicznie po postawieniu mi zarzutów przez prokuratora Prokuratury Okręgowej w Katowicach (dalej również jako „Prokurator”). Zarzutów, od których nie mogę się uwolnić.

Byłem w życiu w wielu gabinetach prokuratorskich i rozmawiałem z wieloma prokuratorami, zawsze w roli procesowej wynikającej z wykonywanego zawodu, jako pełnomocnik pokrzywdzonego, pełnomocnik świadka, lub obrońca, i w takiej roli przyjechałem również do Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Prokurator zadzwonił kilka dni wcześniej, zapraszając na czynności. Wszystko wpisywało się w schemat do którego jestem od lat przyzwyczajony. Przygotowałem się do sprawy, zrobiłem notatki, ustaliłem kilka węzłowych punktów stanowiska faktycznego, ale gdy przekroczyłem próg wejścia do gabinetu Prokuratora, zrozumiałem, że ewidentnie coś jest nie tak.

Najpierw uderzyła mnie muzyka klasyczna dudniąca z perfekcyjnie uregulowaną głębokością, oraz orientalna woń kadzidełek. Cały, sporej wielości pokój został usłany roślinnością. Na ścianach wisiały wyszukane, nieoczywiste grafiki. Gdy się przywitaliśmy, Prokurator zapytał, czy mam ochotę na kawę, na co ja odparłem, że bardzo chętnie. Usiadłem i spojrzałem w jeden z dwóch ekranów, przy których siedział asystent Prokuratora wykonujący czynności protokolanta, prosto w oczy Toshiro Mifune uchwyconego w kadrze z końcówki obrazu „Tron we krwi” Kurosawy, gdy grana przezeń makbetańska postać miota się w szale na murach zamku z samurajskim mieczem w ręku, przeszywana śmiertelnie łuczniczymi strzałami przeciwników.

W którymś momencie prowadzonych czynności, smakując kawę o specyficznym smaku, z nutą jakby korzenną i cytrynową (potem okazało się, zamówioną z Syrii, paloną z kardamonem), nie wytrzymałem i palnąłem znienacka: – „Tam w tle pulpitu, to musi być Toshiro Mifune i „Tron we krwi”! Są takie chwile w przesłuchaniach, gdy coś nagle zaskakuje, klocki zaczynają do siebie pasować, a podmiot procesowy rzuca się wówczas na przeciwnika jak drapieżnik na ściganą zwierzynę. Prokurator tylko czekał na moje nawiązanie do Kurosawy, a ja zdałem sobie sprawę, że jestem zgubiony. – Brawo! Widzi Pan, różnie próbują, dotąd najbliżej był świadek, który zapytał, czy nie jest to kadr z „Siedmiu samurajów”. Następnie zaczął opowiadać o grafikach wiszących na ścianach. O Fijałkowskim, uczniu Strzemińskiego, i jakimś innym jeszcze grafiku, który miał siostrę bliźniaczkę i umarł chwilę po jej śmierci, upadając na ulicy.

Czasem zdarza mi się szukać ukradkiem w telefonie tezy orzeczniczej lub numeru przepisu, aby odeprzeć zagrożenie w postępowaniu, tym razem rozpaczliwie poszukiwałem definicji „konstruktywizmu”, aby nie wyjść na kompletnego ignoranta. Zmieniłem kierunek dyskusji (jestem w tym wyszkolony) i walnąłem, że wkrótce w Warszawie będzie wystawa Canaletta. Prokurator był na to przygotowany i wówczas w ripoście wygłosił postanowienie o przedstawieniu zarzutów: – A czy był Pan na wystawie Witkacego w Muzeum Narodowym? – zapytał. – Eee… – odrzekłem. Dyskusję przerwał powrót mojego mocodawcy z toalety, ale było za późno. Tak już to czasem właśnie bywa w postępowaniach przygotowawczych, że trzeba mieć lepszy refleks.

Wracałem do Warszawy ulicą Wita Stwosza, jako podejrzany.

Czuję się winny, choć nikt na mnie nie doniósł.

Kot na modrzewiu, czyli pojedynek

Wczoraj, w sobotę, kończąc popołudniowy spacer z psem, usłyszałem przed naszym blokiem rozpaczliwe miauczenie. Miauczenie dobiegało z czubka modrzewia, który wyrasta naprzeciwko, za wąską jezdnią, na rogu, sięgając wysokości trzeciego piętra. Nie wiem, skąd w tej okolicy wziął się modrzew, natomiast kot wspiął się na drzewo wiedziony instynktem drapieżcy, bo na drzewie znajduje się ptasie gniazdo. Drapieżca w swej dzikości pomknął w górę, a potem spojrzał w dół i zapłakał z przerażenia, albowiem zorientował się, że nie potrafi zejść, albo nawet jeśli potrafiłby, to nie jest w stanie opanować lęku wysokości.

Sąsiadka z trzeciego piętra wyjrzała z okna i powiedziała, że kot płacze już od trzech godzin. Dzwoniła na Straż Pożarną, ale odparli jej, że nie przyjadą, za wysokie koszty, zaś wbrew obiegowej legendzie, nie jest to ich robota. Zapytała czy może ja nie mam jakiegoś pomysłu. Znów popatrzyłem na górną część drzewa, gdzie kitku w panice kicał po drobnych gałęziach, nie wiedząc do czynić. Zaprowadziłem psa do mieszkania i sięgnąłem do internetu. Znalazłem poradę, aby przynieść pod drzewo jakieś smakołyki, karmę, a wówczas kot powinien zejść. Sięgnąłem po szyneczkę, wybiegłem pod drzewo. Zacząłem wołać: „kitku, kiciu!”, ale kot nie zszedł, więc sam z żałości zjadłem wędlinę.

Zadzwoniliśmy po „Ekopatrol”. Powiedzieli, że jeśli przyjadą, to za kilka godzin, być może, może tak, a może nie.

Kot miał na szyi obrożę, więc nie jest to zwierzę całkiem dzikie, ale udomowione. Małżonka skontaktowała się z koleżanką kociarą z okolicy, koleżanka małżonki swoimi kanałami puściła wiadomość o wydarzeniu. Po jakimś czasie, pod drzewem zjawili się domownicy kota (nie stosuję pojęcia „właściciele”, bo wydaje się kompletnie nieadekwatne, zupełnie jak wiele innych prawniczych pojęć, które wypaczają właściwe postrzeganie otaczającej rzeczywistości), matka z synem w wieku licealnym. Przynieśli karmę i zaczęli wołać zwierzaka po imieniu: „Nina, nina!”. Kotka nie zeszła. Beczała jak owieczka.

Po kolejnych kilku godzinach, gdy już zrobiło się ciemno, matka kotki przyjechała z jakimiś młodymi chłopakami, wyposażonymi w sprzęt alpinistyczny. Wydawało się, że to koniec kłopotu, a biedna istota jest uratowana. Chłopak wspiął się na modrzew, ale kotka zaczęła z nim walczyć, podrapała, i spieprzyła na najwyższe gałęzie, do których żaden człowiek, choćby najdzielniejszy alpnista, fizycznie nie ma sięgnięcia. Po kota przyszło ocalenie, ale kot przestraszył się ocalenia jeszcze bardziej niż swojej sytuacji na modrzewiu. Prawdopodobnie – jak sądzę – ten sam instynkt, który zaprowadził go (ją) na drzewo, stanowił teraz przeszkodę, aby zaufać człowiekowi.

Dziś rano, w niedzielę, kotka wciąż beczała jak owieczka, tylko jeszcze głośniej i bardziej rozpaczliwie niż wczoraj. Widziałem przez okno, że pod drzewem zatrzymywali się kolejni przechodnie, wyciągali telefony, próbowali gdzieś dzwonić, fotografowali lub relacjonowali w mediach społecznościowych, w końcu sensacja idealna.  

Przed jedenastą rano, pod drzewo znów podeszli domownicy kota. Równocześnie podjechał  duży samochód – bus, z kolejną ekipą ratunkową, nawet jeśli jednoosobową. Była to już ekipa profesjonalna (wyposażona nie tylko w sprzęt alpinistyczny, ale również sprzęt do łapania zwierząt – długi kij zakończony chwytakiem, worek, rękawice), nawet jeśli jednoosobowa. Facet wdrapał się na drzewo, dotarł do miejsca, z którego była szansa złapać kota, i wówczas – znów – wywiązała się walka.

Zaczął padać deszcz i zerwał się wiatr.

Kotka drapała i uciekała,  jej matka krzyknęła, że Nina ma tylko jedno oko. Profesjonalista starał się uchwycić kota na chwytak, lecz ten uwijał się jak jakiś rycerz Jedi. Salto wprzód, salto w tył, obrona prawą łapą, wrzask, skok na inną gałąź. Z tym zaznaczeniem, ze każda akrobacja zwierzaka wyglądała tak, jakby pół włosa dzieliło go od osunięcia w przepaść. Co chwilę odwracałem wzrok, nie mogąc na to patrzeć. W którymś momencie, Nina popełniła w pojedynku błąd, spadła dwie gałęzie niżej, zaś ratownikowi udało się chwycić ją mocno za kark jedną ręka. Teraz trwała batalia o to, aby schować kota do przygotowanego worka. Kiedy wydawało się, że sytuacja jest opanowana, że już za chwilę skończy się pozytywnym zakończeniem, Nina wyślizgnęła się człowiekowi i poleciała w dół. Odbijając się od kolejnych większych gałęzi, następnie od płotu, spadła na ziemię z hukiem, który być może słyszałem tylko w swej głowie.

Kot odbił się od trawnika, błyskawicznie podskoczył do góry i uciekł.

Wyszedłem z psem na spacer, spojrzałem na kocią mamę. Była blada jak śmierć, ale uśmiechała się delikatnie.

Michał Zachodny jest pozytywistą

Rondo Jazdy Polskiej

W komunikacyjnym sercu Warszawy, na skrzyżowaniu ulicy Waryńskiego i alei Armii Ludowej, znajduje się rondo Jazdy Polskiej, biorąc swą nazwę od Pomnika Tysiąclecia Jazdy Polskiej, usytuowanego tuż obok, na skraju Pola Mokotowskiego. Pomnik ów przedstawia dwóch jeźdźców galopujących na koniach: piastowskiego pancernego z okrągłą tarczą i włócznią w prawicy, za którym powiewa długi płaszcz, oraz ułana z szablą, skierowaną ostrzem przed siebie. Gdy byłem małym chłopcem, nie potrafiłem zrozumieć, że pomnik przedstawia jedynie wycinek jakiejś wyobrażonej przez autora rzeczywistości i kłóciłem się z ojcem, iż Pomnik Lotnika na Ochocie jest obarczony istotnym błędem, albowiem śmigło samolotu nie może bezładnie wisieć w powietrzu, ale musi być fizycznie przyczepione do statku powietrznego, którego na pomniku brak.

Dziś, mój umysł obejmuje nieco więcej, często sięgając abstrakcją nawet za daleko. Zakładam, że autor pomnika Tysiąclecia Jazdy Polskiej chciał zaprezentować kawalerzystów podczas ataku na obce siły, nieprzyjaciół tutejszych Słowian. Ja natomiast widzę ten monument tak, że nadwiślańscy wojownicy są zaklęci w wieczny okrąg i szarżują przeciwko sobie, a w zasadzie jeden za drugim. Tak naprawdę nie stoją na pomniku, to iluzja. Tak naprawdę, ułan ściga pancernego, a pancerny ułana w nieskończoność, dookoła. W zwariowanej karuzeli, która w tym celu została stworzona. Jest to zarazem najlepsza metafora awantury jaką wiecznie toczymy w tym kraju pomiędzy sobą o wszystko, zazwyczaj bezcelowo i bez konkluzji, dla samej tylko dzikiej gonitwy, aby krzyknąć za oponentem jak Koterski przysłowiowymi już demonstrantami w „Dniu Świra”: – Moja racja jest mojsza niż twojsza!

Rondo Jazdy Polskiej dotyczy również dyskusji o futbolu, a nawet przede wszystkim, wszak  piłka jest okrągła. Tytułem przykładu, warto zwrócić uwagę, że Grzegorz Lato  ścigał swojego czasu w Mariborze selekcjonera Leo Beenhakkera, właśnie po okręgu. Ponadto, jakkolwiek teoretycznie ścigał krew i myśl obcą, ale praktycznie krew i myśl tutejszą, rozpalony żądzą jebania białoczerwonych zwolenników wyboru Holendra na trenera piłkarskiej Reprezentacji Polski. Ilustracje można mnożyć. Jerzy Brzęczek bawił się całkiem niedawno w berka na Rondzie, z całym w zasadzie narodem.

Michał Zachodny w swojej książce zatytułowanej „Polska Myślą Szkoleniowa” nie dołącza do dzikiego gonu na Rondzie Jazdy Polskiej, ale rozsądnie ucieka diagonalnym podaniem w bok, po belgijskie frytki w punkcie przy ulicy Polnej, koniecznie z sosem andaluzyjskim, aby następnie spokojnie przystanąć i spojrzeć, dokąd prowadzi Trasa Łazienkowska. Michał Zachody jest pozytywistą.

Dla kogo jest „Polska Myśl Szkoleniowa”?

Każda książka jest jakąś drogą, którą podążamy. Aby wiedzieć, czy biec za podaniem w kierunku ulicy Polnej, potencjalny czytelnik musi sobie odpowiedzieć moim zdaniem wpierw na jedno, istotne pytanie, a mianowicie: czym jest piłka nożna lub co jest dla mnie ważne w piłce nożnej? Są to w zasadzie dwa pytania, ale ich połączenie sprawia, że konstrukcja ćwiczenia, które polecam wykonać przed sięgnięciem po „Polską Myśl Szkoleniową”, jest bardziej praktyczna.

Ja znajduję dwie podstawowe odpowiedzi.

Po pierwsze i najbardziej dziecinnie (więc, czyż nie najbardziej szczerze?), piłka nożna jest zabawą, sposobem napełnienia egzystencji treścią, bez względu na to, jak daną treść wartościować lub pozycjonować w hierarchii tego co dla ludzkiej istoty powinno być ważne, czy mniej ważne. W ten sposób postrzegałem piłkę nożną, gdy kopał ją z nami nasz tata w parku nad skarpą, w okolicach Królikarni. Ja zobacz podam do ciebie, ty podasz do starszego brata, ale wewnętrzną częścią stopy, cyk raz, przyjmujesz, cyk dwa, podajesz, w trójkącie, ale dokładniej, nie chichraj się, tylko graj, gapa. Jest to wykładnia głęboko intuicyjna,  przekazywana z pokolenia na pokolenie i niewymagająca nadmiernego angażowania rozumu, którego zresztą dziecko ma przecież niewiele. Niemniej, nawet tak opisana przedszkolna sytuacja piłkarska zwiastuje, że futbol może być czymś więcej niż kaszką manną do zapychania bobasów, skoro można go choćby zaklinać w figury matematyczne, ale o tym za chwilę. W ekstremalnej postaci, futbol jako czysta treść i pierwotna siła, przybiera kształt Maradony, Ruquelme, Messiego, albo innej istoty, która kopie niejako w oderwaniu od racjonalnych ram i pisze zawsze trudnym do uchwycenia zygzakiem, choć może się również wyrażać bardziej przyziemnie, na przykład w zwykłym chłopaku lub dziewczynie, którym nikt po prostu na podwórku nie potrafi dorównać. Niektórzy nigdy nie wychodzą z odczuwania piłki na tym podstawowym, romantycznym poziomie, co jest tym bardziej zrozumiałe, że w każdym dorosłym pozostaje pierwiastek dziecka.

Trzeba wyjaśnić, że książka Zachodnego nie jest o zabawie, a autor „Polskiej Myśli Szkoleniowej” nie odwołuje się do romantyzmu jak na przykład Szczepłek w „Meczach polskich spraw”. Zachodny jest racjonalistą.

Na drugim poziomie, futbol jest nieustającym wyzwaniem dla – właśnie – racjonalistów, poszukujących prawdy o otaczającej nas rzeczywistości, zaś bez znaczenia jest to, że prawda sprowadza się w tym przypadku zasadniczo do znalezienia sposobu, aby piłkarska drużyna wygrała mecz. Historia piłki nożnej, a ściślej rzecz biorąc – taktyki piłkarskiej, jest fascynującą historią myśli ludzkiej. Gdy filozofowie zastanawiają się nad tym, czym jest życie, byt, lub śmierć, inni myśliciele szukają kolejnych rozwiązań na strzelenie gola lub perfekcyjną obronę własnej bramki. Dla pełnej jasności:  nie uważam, aby ćwiczenie rozumu w piłkarstwie było ważniejsze nić ćwiczenie go w poszukiwaniu dobra, albowiem są to wartości zasadniczo równoważne, bo gol jest przecież jakimś dobrem zarówno w sensie indywidualnym, jak i społecznym. W tym znaczeniu, piłka nożna jest formą, którą człowiek decyduje się narzucić chaosowi, czyli temu, co przed chwilą nazwałem: treścią futbolu. Trzeba zastrzec, że ta z kolei wykładnia problemu, wymaga nieco więcej zaangażowania i zainteresowania niż zaprezentowana wcześniej. Ja osobiście, dochodziłem do niej niespieszenie. Ale potem sięgnąłem po „Odwróconą piramidę” Wilsona i przepadłem. Wilson bowiem studiuje w swojej książce historię taktyki piłkarskiej porównywalnie do tego, jak Kołakowski wykłada filozofię w książce: „O co nas pytają wielcy filozofowie”, przedstawiając najistotniejsze wyniki uchwycenia i ogarnięcia piłkarskiej rzeczywistości przez wybitne ludzkie umysły, poszukujące rozwiązania problemów, czyli poszukujące tego co każdy filozof: odpowiedzi.

Mam jednak jeden istotny problem z książką Wilsona: w książce Wilsona nie ma nic o żadnym Polaku! Tę właśnie półprzestrzeń, znakomicie wypełnia „Polska Myśl Szkoleniowa”. Jeśli bowiem „Odwróconą piramidę” należy traktować jako historię powszechną piłkarskiej taktyki, tak „Polska Myśl Szkoleniowa”, jak sama nazwa wskazuje – jest historią myśli szkoleniowej polskiej. Książka Zachodnego jest zarówno śmiałym kontratakiem przeciwko biblii Wilsona, jak i jej przedłużeniem.

Na marginesie, aby dokończyć zarysowaną równoległą refleksję, muszę zastrzec, że skoro piłka nożna, odczuwana intuicyjnie, jest najpierw Treścią, zaś w wykładni racjonalnej: Formą, to należy dojść do wniosku, że gdy tak rozumiana Treść spotka się z tak rozumianą Formą, powstaje Utwór, czyli Mecz.

Konkludując: książka Michała Zachodnego jest – po pierwsze – dla zwolenników piłkarskiego racjonalizmu i Formy. Po drugie, książka Michała Zachodnego jest dla prawdziwych patriotów, to oczywiste.

O czym jest książka Michała Zachodnego?

Dotarliśmy do momentu dyskusji, dla którego się tutaj spotkaliśmy, zatem będę powoli kończył, spokojnie.

Rafał Stec napisał na kanwie „Polskiej Myśli Szkoleniowej”, felieton zatytułowany: „Brakujący zwój w mózgach Polaków”. Autor wcześniejszego artykułu pt. „Polska piłka nożna istnieje tylko teoretycznie, praktycznie nie istnieje” opublikowanego w „Kopalni. Sztuce Futbolu” Nr [nie pamiętam] jest zdania, że książka Zachodnego dowodzi o metafizycznej ułomności Słowian osiedlonych nad Wisłą, do myślenia o piłce nożnej, w szczególności w kategorii Formy. Michał Trela w swojej recenzji wskazał z kolei, że referowana książka dowodzi, iż Polacy w sztuce futbolu, zawsze byli gorsi niż inni. Sam Michał Zachodny opowiadając o swojej pracy podnosi, że próbował dociec, dlaczego jesteśmy w miejscu w jakim się znaleźliśmy podczas meczu Polska – Japonia na mundialu w Rosji, czyli w niskim pressingu, i dlaczego nie potrafimy wykrzesać z siebie, narzucić Światu swojej własnej, rozwiniętej Formy. Zachodny jednak – co być może najbardziej cenne – nie idzie w proste oceny, nie narzuca czytelnikowi żadnej interpretacji, ale w oparciu o bogato zgormadzone i wyselekcjonowane źródła, rzetelnie przedstawia pracę polskich piłkarskich myślicieli na przestrzeni czasu, od zarania w zaborze galicyjskim (tak, widać zabory!), aż po mecz Polska – Szwecja, kadry Czesława „711 połączeń z Fryzjerem” Michniewicza, profesjonalnie recenzując ich Utwory. Zgadzam się z Rafałem Stecem (bo jak mógłbym się nie zgadzać?), że Zachodny przywraca pojęciu „polskiej myśli szkoleniowej” jej właściwe znaczenie, strącając z mema. Michał odtwarza świat, który znajduje się za pomnikiem Józefa Kałuży przy stadionie Cracovii, ale który istnieje i nie jest abstrakcyjny, tak jak istnieje i nie jest abstrakcyjny samolot na pomniku Lotnika przy ul. Żwirki i Wigury.

W moim odczytaniu, książka Zachodnego dowodzi, że polska szkoleniowa myśl piłkarska nad Wisłą zaistniała na najwyższym światowym poziomie i dowodzi, że mogłaby zaistnieć na takim poziomie z powrotem. Od końca lat sześćdziesiątych do – mniej więcej – połowy lat osiemdziesiątych, polskie Utwory były czytane z zachwytem w całym piłkarskim świecie. Tytułem anegdoty: gdy spotkałem pewnego razu, jednego piłkarskiego Argentyńczyka w wieku mojego ojca, potrafił wymienić z pamięci 2/3 polskich piłkarzy z mundialu w 1978 r. Początek tej „złotej epoki” (po której nastała „epoka brązu”, przechodząc w epokę – przepraszam – gówna i szamba lat dziewięćdziesiątych), wziął się stąd, że – nawiązując do wprowadzenia, które w żadnym wypadku nie było bezcelowe – zatrzymano ruch na Rondzie Jazdy Polskiej. Wówczas to, do Legii Warszawa przyszedł czeski trener Jaroslaw Vejvoda, zaś do Górnika Zabrze, Węgier – Kalocsay, którzy zwyczajnie nie potrafili poruszać się ruchem okrężnym. Następnie – co jeszcze ciekawsze i budujące – dostrzeżono, że prawidłowo uregulowany przez utalentowanego inżyniera ruch na Rondzie, może doprowadzić do wyzwolenia pokładów energii, pozwalających tworzyć rzetelne Utwory. Zachodny przypomina w swojej książce o tym, ile dobrego przyniosła drużynie Górskiego dyskusja prowadzona pomiędzy zaszeregowanymi w sztabie Strejlauem i Gmochem, gonitwa ich pomysłów, zamknięta w racjonalne ramy. Przypomnę w tym miejscu, że Jacek Gmoch jest absolwentem Wydziału Komunikacji Politechniki Warszawskiej, przez 10 lat był asystentem w Zakładzie Budowy Dróg i Mostów, a jako inżynier prowadził między innymi badania gruntu pod pas startowy gdańskiego lotniska Rębiechowo. Gdyby Górski i Gmoch nie wyjechali w latach osiemdziesiątych za granicę (jak zresztą większość czołowych myślicieli), do Grecji,  moglibyśmy prawdopodobnie latać dziś samolotami.

Ulica Polna

Książka Zachodnego jest o tym, że możemy tam wrócić, do miejsca w którym już kiedyś byliśmy, do konstruktywnego myślenia i tworzenia Formy, nawet jeśli nie uda się nam od razu polecieć. Oczywiście, mając w pamięci słowa Heraklita o tym, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo świat wciąż się zmienia i płynie naprzód. Uzupełniająco wskazuję, że najbardziej komplementowany polski trener klubowy ostatnich lat, Marek Papszun z Rakowa Częstochowa, wprowadzający konsekwentnie nowoczesne rozwiązania problemów boiskowych pod Jasną Górą, z którym Michał rozmawiał w podcaście „Zachodny do Tablicy” o swojej książce, powiedział jednoznacznie, że nie ogląda w zasadzie meczów żadnych zagranicznych drużyn, zaś wdrażane koncepcje tworzy w oparciu o materiał z ekstraklasy.

Trzy refleksje na ostatni gwizdek.

Po pierwsze, gdybym był piłkarzem, chciałbym aby moją drużynę prowadził Michał Zachodny.

Po drugie, nie czytałem „Polskiej Myśli Szkoleniowej” ani na lagę ani z kontry, jak radził Rafał Stec, ale przeczytałem ją totalnie.

Po trzecie, zacząłem Koterskim i może skończę Koterskim: jak wam się Zachodny nie podoba, to w ryj dać, mogę dać.

List do Gazety Kopalnia – ad probationem

Niniejszy list do Gazety Kopalnia stanowi dowód. Po pierwsze, jest dowodem na to, że wciąż pozostaję Kopalni wiernym czytelnikiem, choćbym nie przekazał ostatnio w mediach społecznościowych żadnych wyrazów polubienia, ani jakichkolwiek zdjęć, którymi mógłbym zobrazować swoje czytelnictwo. Z iiracjonalnych powodów jest dla mnie ważne, aby udowodnić, że kibicuję autorom Kopalni niezłomnie, zaś z szacunku, postanowiłem tego dokonać w formacie odchodzącym w zbiorową niepamięć (niczym broadsheet), nawet jeśli to, hipokryci, niezwykle utrudniacie, skoro w końcowych napisach, na ostatniej stronie Gazety Kopalnia, zaniechaliście podania rzeczywistego adresu Redakcji do korespondencji, posługując się wyłącznie tablicą elektroniczną, czysto wirtualną. Po drugie, niniejszy list jest praktycznym potwierdzeniem Prawa Archimedesa, wskazującego, że na ciało zanurzone w płynie, działa pionowa siła wyporu. Gdy więc zanurzyłem Gazetę Kopalnia w głowie, mój płyn mózgowy rozlał się na kartkę i trzeba to teraz jakoś zebrać, a nie będę sprzątał sam, skoro to wasza wina. Po trzecie, taplając się konsekwentnie w tradycji hellenistycznej, jestem sokratejsko przekonany, że dyskusja może człowieka wzbogacić. Stąd, niniejszy list może być postrzegany również jako dowód zapłaty, czyli dymiący rewolwer.

Gazetę Kopalnia zacząłem czytać podczas krótkiego urlopu w basenie morza Śródziemnego, po jego wschodniej stronie, niedługo przedtem, zanim – jak na człowieka późnego kapitalizmu przystało – ruszyłem wraz z rodziną na eskapadę, aby zwiedzić starożytne ruiny znajdujące się w okolicy mojego pobytu. Nigdy wcześniej nie widziałem chyba tak sugestywnych szczątków dawnej cywilizacji, jak w miejscowości Side. Gdy wstąpiłem na szczyt antycznego rzymskiego amfiteatru zbudowanego w II wieku n.e., w miejscu starego teatru greckiego, doświadczyłem refleksji nieco innej niż zwykle w miejscach tego rodzaju i coś strzeliło mi we łbie po raz pierwszy tego dnia, lecz nie ostatni. Zazwyczaj, tak jak na pustym stadionie, próbujesz sobie wyobrazić jego potęgę i klimat w chwili meczu, albo mezzalę szukającego półprzestrzeni na zielonej polanie, tak w historycznym krajobrazie, starasz się uruchomić za szeroko zamkniętymi oczami, symulację jakiejś sytuacji sprzed wieków. Jeśli jesteś w dawnym amfiteatrze, próbujesz widzieć aktorów grających sztukę, oraz publiczność przeżywającą katharsis, bo tego prawdopodobnie wymaga dziedziczny europejski kapitał kulturowy, nabyty w klasycznym procesie edukacyjnym i popkulturowym.

Po lekturze tekstów o katarskim mundialu, miałem zupełnie inaczej. Szukając myślom oparcia, przebiłem zasłonę i zacząłem rozważać, ilu musiało tutaj umrzeć robotników, przerzucając przy budowie tony kamieni w nieznośnym upale, aby inni ludzie, mający się za pełnoprawnych obywateli świata, mogli podziwiać dzieła rozpisane przez Sofoklesa lub innych wielkich dramaturgów? Jeśli bowiem, przy budowie katarskich stadionów, życie straciło z wycieńczenia około siedmiu tysięcy pracowników (co dowiedzione), ku chwale utworów Messiego, to  również amfiteatr w Side, stanowi zapewne zarazem sarkofag, a nie tylko świątynię sztuki. Rzuciłem się pospieszenie – jak to człowiek późnego kapitalizmu – do jedynej encyklopedii, jaką w tym momencie dysponowałem, lecz oddającej powszechnego ducha współczesnej wiedzy w sprawach podstawowych, wpisując w wyszukiwarkę Google hasła w rodzaju: „Budowa amfiteatru w Side, niewolnicy, śmierć”, „Amphitheater, Side, Turkey, slaves, death”. Nie znalazłem ani odpowiedzi, ani żadnego sensownego tropu, którym mógłbym dalej podążyć. Jest w internecie sporo o tym, że Side jest wspaniałą lokacją do obejrzenia i duża liczb zdjęć wrzuconych przez turystów, że zostało podbite przez Aleksandra Wielkiego, że potem przeszło pod panowanie egipskie, by w I wieku n.e. znaleźć się pod władzą rzymską, natomiast brak informacji, której poszukiwałem pod bezpośrednim wpływem tematyki Gazety Kopalnia. Być może, nikogo to nie obchodzi. A może jest tak, że wzniesienie amfiteatru w Side, wcale nie było okupione żadnym cierpieniem, skoro archeologowie orzekli ostatnio na przykład, że wbrew powszechnemu przekonaniu, egipskie piramidy nie były budowane przez niewolników, lecz robotników wolnych, osadzonych w zupełnie przyzwoitej infrastrukturze? Jestem pesymistą, bo rzymski antyczny system wyzysku niewolników, stanowiących podstawę imperialnej gospodarki, był w rozpatrywanym okresie (I – II wiek n.e.) zasadniczo porównywalnie opresyjny do systemu, jakiemu UEFA – oczywiście z pełnym poszanowaniem (respect) – powierzyła organizację grudniowych Mistrzostw Świata. Nie podzielam kontratypu zaproponowanego przez Okońskiego, przerzucającego odpowiedzialność na przegniłe korporacje, ani kontratypu zaproponowanego przez Steca, polegającego na tym, że piłka jest malutka w wielkim świecie. Czuję się winny, lecz będę oglądał. Tak jak komiks o Spartakusie.

Następnie poszliśmy do pobliskiego muzeum. Moich synów przedstawiałem już w poprzednim liście. Starszy, który rozpocznie we wrześniu przygodę w liceum, trenuje lekkoatletykę, jest ciekawy świata i czyta więcej niż ja. Młodszy, który trenuje piłkę, uważa, że zwiedzanie czegokolwiek podczas wakacji jest stratą czasu i mocno broni się przed wiedzą lub nauką, za to często błaznuje. Spacerujemy zatem po terenie łaźni rzymskich, gdzie rozmieszczono muzealne eksponaty. Mijamy kamień milowy, potem kilka posągów bez rąk lub nóg, inskrypcje ostatniego pożegnania wyryte w kamieniu, wreszcie dochodzimy do odnalezionych w okolicy szczątków rzymskich mieszkańców Side. Analizuję tę sytuację ze starszym, zaś wtedy młodszy, który wcześniej plątał się pod nogami lub szukał zaczepki, żeby się nie nudzić, wyrasta znikąd i strzela znienacka w sposób, którego nigdy bym się po nim nie spodziewał, a mianowicie, słowami następującymi: „Tato, a czy futbol będzie zawsze?”. Jestem wtedy trafiony tego dnia, po raz drugi. Zupełnie zaskoczony, zaczynam bezładnie odpowiadać, że trudno powiedzieć, że nie wiadomo, ale tak naprawdę, to nie wiem. Jest to dwunastolatek, a konstrukcję ma raczej beztroską, karmioną ptasim mlekiem klasy średniawej. Niemniej dodaję okrutnie po pauzie: „…wszystko się kiedyś kończy”. Chwilowa powaga w młodszym nagle pryska i wszystko wraca do normy, natomiast postawione pytanie we mnie pozostaje. Cywilizacje mają to do siebie, że padają. Cywilizacja wielkiego futbolu początku XXI wieku, również padnie, zaś żaden satrapa nie zdoła jej utrzymać. To kwestia czasu, lecz są na to naukowe dowody.

Gdy za kilkaset lat, Charlton Heston będzie uciekał przed pościgiem w Planecie Małp, zamiast dotrzeć do przewróconej Statuy Wolości, napotka w Abu Zabi ruiny stadionu, aby rzec owo teatralne: „Czy naprawdę mogliśmy być aż tak głupi?”. Przestańcie wydawać Kopalnię w broadsheecie, lecz zacznijcie ryć artykuły w kamieniu. Będzie to wspaniałe świadectwo odchodzącej cywilizacji, które kiedyś być może, ktoś odnajdzie.

tornante414