„Mówią na niego R.” – opowiadania twitterowe

W wojewódzkim, poniemieckim mieście  S., nad którym wznosi się Zamek Książąt Pomorskich, istnieje legenda, która powiada, że gdy na miejskiej ławeczce przy ulicy Śląskiej wychylisz dwa butelkowe bosmany klasyczne lub tyleż samo ich zamiennika o charakterystyce: piwo jasne pełne z gatunku lager o zawartości 12,5% ekstraktu oraz 5,7% alkoholu, zaś następnie sięgniesz po bosmana puszkowego typu „Special”, czyli inaczej „Strong”, o charakterystyce w stosunku do powyższej nieznacznie podkręconej (z zastrzeżeniem, że w tym przypadku nie możesz już w żadnym razie posługiwać się generykiem), i otworzysz powolnie metaliczne opakowanie owego złotego napoju o zachodzie słońca, powodując charakterystyczny szum przywodzący na myśl wiatr buszujący w jęczmieniu, to twoim oczom ukaże się na granicy powidoku postać w czarnym płaszczu ze zgniłozielonym żabotem i starym kapeluszu, ciągnąca za sobą pokaźnych rozmiarów, dębową trumnę. W pierwszej chwili możesz wtedy pomyśleć, że to znany z filmu Sergio Corbucciego, mściciel Django. Nie będzie to jednak bajkowy łotrzyk z westernu, lecz stworzona przez Wielkiego Pisasza (dalej także jako „@naTTjuzbylo”) postać o inicjale R., a zarazem zjawa z krwi i kości, pozornie główny bohater zbioru opowiadań „Mówią na niego R. – opowieści rozebrane”.

Autor przemilczanego z zazdrości w tzw. mainstreamie felietonu „Apokalipsa na stadionie Arsenalu”, którego konstrukcję oparł na brawurowej interpretacji najsłynniejszego obrazu Edvarda Muncha, oraz bloga „TCH Kultur”, zwanego niegdyś „Teksty Chujowe”, to twórca nowego rodzaju opowiadań, a mianowicie opowiadań twitterowych, prekursor danej formy, już za swojego życia znajdujący naśladowców, choć nielicznych. Cechami wyróżniającymi opowiadanie twitterowe jest stosunkowo nieduży jego rozmiar (nieprzekraczający zazwyczaj dwóch stron maszynopisu) oraz potoczystość, co z jednej strony pozwala na szybciutkie przeczytanie tekstu bez uszczerbku dla śledzenia bystrego tajmlajnu medium społecznościowego, lecz z drugiej, może powodować trwałe zmiany psychiczne po stronie odbiorcy, albowiem takie są lub z pewnością mogą być właśnie skutki kontaktu z prekursorem, co jest faktem notoryjnym. Najistotniejszym elementem opowiadania twitterowego pozostaje iskra, od której jest ono zaprószane. Źdźbło łowione czułym okiem autora w odmętach oceanu rzeczywistych, czyli zmyślonych (lub nie-zmyślonych) użytkowników Twittera i ich wypowiedzi na 240 znaków. Rozważając zagadnienie pół-żartem, można pokusić się o postawienie tezy, że to bardziej bohaterowie opowiadań twitterowych stwarzają twórcę niż on ich.

Zbiór „Mówią na niego R. – opowieści rozebrane” składa się z trzynastu opowiadań, jeśli dobrze liczę, bo po lekturze kręci mi się w głowie. Można je czytać jedno po drugim jak tradycyjną powieść podzieloną na rozdziały, ale równie dobrze w dowolnej kolejności, wówczas poszczególne opowieści zyskają nowe znaczenia, co trochę przywodzi na myśl „Grę w klasy” Julio Cortázara, ale przede wszystkim – bądźmy szczerzy – rozciągające się wielokrotnie w obszerne flejmy dyskusje prowadzone na Twitterze, kiedy każdy tweet można wyrwać z kontekstu, wyobrazić sobie na nowo jego treść niezależnie od intencji autora lub pozycjonowania w określonej rozmowie, a następnie wykorzystać dla podkreślenia własnej istotności lub poniżenia nielubianego użytkownika, zdobywają tym samym fejm liczony liczbą „lajków” lub „podań dalej”. O jednym trzeba pamiętać w tym kontekście, czytając opowieści rozebrane. W tym zdegenerowanym internetowym świecie przeplatającym się z rzeczywistością według wzorów, których nikt nie potrafi już prześledzić lub wytłumaczyć, pogarda i chamstwo bywają wyrazem buntowniczej miłości do bliźniego. Znakomicie @naTTjuzbylo uchwycił powyższy fenomen w opowiadaniu pod znamiennym tytułem „2019”, w którym R. pozornie rozbija szpadlem łeb swojego kolegi z uniwersytetu, a za tak ujętą akcją kryje się tak naprawdę fejk z podwójnym dnem.

R. jest synem kanalarza i wywodzi się z wielowiekowego rodu Ptysch, którego protoplasta zdobył majątek założycielski łupiąc krzyżackie tabory po bitwie pod Grunwaldem. Jest również R. adwokatem specjalizującym się w sprawach rodzinnych i karnych. To bardzo ważne i ma znaczenie. Postać wycięta przez Wielkiego Pisasza, pomimo (a może waśnie dlatego?), że zakłada dres, wdycha klej, słucha rapu ze Wschodniego czy Zachodniego wybrzeża lub z obu wybrzeży jednocześnie, sam się pogubiłem, a poza tym śmierdzi od niego na pół kilometra, jest prawnikiem, którego po prostu chce się czytać i powierzyć mu sprawę, prawdziwym krwiopijcą. R. jest odmienny od większości serialowych gogusiów przywdziewających garnitury, autorytetów serwowanych w telewizji czy autoserwujacych się samodzielnie na leżaczkach w przestrzeni internetu, mających monopol na prawidłowe odczytanie Konstytucji lub projektowanie orzeczeń Sądu Najwyższego i sądzących, że można prawniczo wyjaśnić Świat, podczas gdy to Świat bezlitośnie zazwyczaj wyjaśnia prawników, bez oglądania się na prawo. Z kolei tę drugą postawę w opowiadaniach @naTTjuzbylo częściowo reprezentuje zawsze elegancki i opływający w luksusy radca prawny M. z „Płockiej trylogii”, choć nie jest to postać tak jednowymiarowa jak prawnicze rozgwiazdy Twittera.

Przewrotnie – mając na uwadze profesję R. – opowieści rozebrane ledwie ocierają się o kryminał, a przede wszystkim są zbiorem okraszonych czasem złośliwym a czasem ciepłym humorem rozważań na temat pokręconej historii Polek i Polaków oraz zawsze odrębnych Ślązaków, na skonkretyzowanych przykładach, wyjętych zza szybki ekranu, być może stanowiącymi wierzchołek góry lodowej. Należy przy tym jednocześnie zastrzec, że podczas podróży za dynamicznie tworzącym i stwarzanym zarazem demiurgiem Wielkiego Pisasza, trafimy również na bohaterów, którzy nie chowają się za podwójnym fejkiem,  potrafiąc zachować pierwotną prawdę i uczciwość, stając ze sobą twarzą w twarz takimi jakimi są, że aż muszę zacytować fragment otwierający „Robota kuchennego”: „– Čmelaku, Čmielaczku, jak ja ciebie kocham. Co za piękny prezent na Walentynki! – W olęderskim apartamencie ze schodami grozy rozległ się dyskretny dźwięk buziaków, otwierania proseczio i obierania mandarynek (…)”. Jeśli więc Majora Hassliebe nazwałem w recenzji „Przedwojnia” stąpającą po granicy poezji świnką, to Wielki Pisasz jest pandą leniwie żującą eukaliptusowy liść i cierpliwie obserwującą Świat. W zwolnieniu. Dziś na ławeczce przed familokiem, wczoraj pod przyczepą kempingową, w której sprzedawano zapiekanki przy dworcach kolejowych, przedwczoraj na parapecie w gabinecie Balcerowicza, a kilkaset lat temu na sośnie w okolicach wsi Grunwald, gdy król Jagiełło tuż przed bitwą musi się udać za dłuższą potrzebą w krzaki.

Na koniec zdradzę tajemnicę, że aby poznać R. wcale nie trzeba wybierać się do wojewódzkiego miasta S., czego nie polecam, ani wypijać dwóch bosmanów, co odradzam, ani otwierać bosmana „Specjal”, przed czym przestrzegam w sumie najbardziej. Wystarczy usiąść na kanapie i odpalić link, który wklejam poniżej, albowiem Wielki Pisasz jest zwolennikiem uspołeczniania środków kultury.

https://aadas.wordpress.com/2020/02/19/nowa-ksiazka/amp/

EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd. – 1 Maja

1 Maja 2020 r. o godz. 23.30, ulica Kwiatowa w Goduli nie spała, lecz piła i jadła. Bawiła się.

Z samego rana poprzedniego dnia, wyposzczeni kwarantanną mieszkańcy nowoczesnego osiedla jednopiętrowych domków jednorodzinnych wykończonych najprawdziwszym drewnem wysokiej jakości niewiadomego gatunku,  choć sprowadzonym z Norwegii, w przeważającej większości zaliczający się do tzw. wyższej klasy średniej, ruszyli po zakupy. Podekscytowani wiadomością o udanym etapie kontrataku sił Rzeczypospolitej Polskiej przeciwko koronawirusowi i uspokojeni zapowiedzią uwięzienia przeciwnika w pierścieniu okrążenia już od dnia 4 maja, odpalili swoje ciężkie nie-ekologiczne czołgi i rozjechali po dyskontach lub hipermarketach, albowiem galerie handlowe wciąż pozostawały zamknięte przed szturmem.  Kupowali artykuły najpierwszej radości, o których zapewne marzył człowiek doświadczający pierwotnej trwogi na Spitsbergenie, pragnący rozpalić wiekuisty ogień na zewnątrz i wewnątrz organizmu. Do ostatniego grosza wydali na mięsiwo i alkohol wszystkie te pożyczki pobrane z Tarczy 2.0. na cele związane z prowadzoną działalnością gospodarczą i 1 Maja rozpalili potężne grille.

Późnym wieczorem „Nowy Paryż” wyglądał z wysokościowego ujęcia niczym wioska indiańska w enerdowskich filmach o Winnetou i Old Shatterhandzie. Ciemność urywana ogniskami. Nieruchome powietrze po upalnym dniu, nasycone wonią pieczonych kiełbas, karkówek, tudzież innych podrobów wyrwanych przez człowieka żyjącym istotom tego Świata. Ciszę łamały dzikie rytualne śpiewy. To  Trójka w ramach listy przebojów „Polski Top Wszech Czasów” puściła właśnie „Autobiografię” Perfectu.

Wielki Pisasz zamknął okno, pociągnął z butelki kolejny łyk Żywca i rozsiadł wygodnie w fotelu wyprodukowanym na Śląsku w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, który kupił od ochroniarza pracującego w Muzeum Narodowym we Wrocławiu za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Niedrogo. Po drugiej stronie stołu półleżał fumfel Pisasza z sąsiedniego blogu, żłopiąc piwo rzemieślnicze z kontrabandy, bo zwykłe polskie już mu po prostu nie smakowało. Na sofie po pradziadkach Pisasza – Heinrichach.

Panowie kontynuowali rozpoczętą pięć godzin wcześniej dyskusję.  – Jeśli nie będzie szybko lekarstwa, jeśli nie potwierdzi się teza o nabieraniu odporności po przejściu choroby, jeśli śmiertelność spadnie trochę, ale ustabilizuje na poziomie nieznanym na Zachodzie od lat pięćdziesiątych, to przez dobrych najbliższych kilka lat mamy do czynienia z czymś w rodzaju XIX – wiecznej gruźlicy czy zapalenia płuc. Wtedy władza będzie musiała podejmować różne niemoralne decyzje. – perorował  Wielki Pisasz. Pomimo, że wypił już pięć browarów, był niezwykle pobudzony. A może właśnie dlatego? Zawsze się podpalał, kiedy dyskutował o Polsce. – Chce więc Kidawa-Błońska uratować kraj – rżał bengalski lansjer Major Hassliebe, który poległ w Afganistanie – chce przełożyć wybory, chce stanu klęski żywiołowej i chce argumentów do walki o stwierdzenie nieważności wyborów?  To niech wreszcie zrezygnuje. – Stankiewicz, którego uznaję za ostatniego dziennikarza politycznego w Polsce, skręcił mocno przeciw PiS, ale dba o fakty. Pisze i gadał, że ta propozycja bojkotu wyszła albo bezpośrednio od samego Tus… Wielki Pisasz nie zdążył skończyć zdania i – jak to się mówi – zawisło ono w salonie na pięterku, ponieważ przez okno wpadła i wylądowała na stoliku dzielącym rozmówców, czerwona i robotnicza, monumentalna księga. Księga.

Szanowni dyskutanci zerwali się z siedzeń – ale tak naprawdę, to nie wiadomo – a gdy ustał brzęk tłuczonego szkła, co do którego kupujący był zapewniany przez developera, że jest szybą pancerną,  Wielki Pisasz na kuckach dopadł parapetu i z przestrachem wyjrzał przez zbitą szybę. Demonstracja! Nielegalne zgromadzenie  przy ul. Kwiatowej 14 w Goduli tworzył nieprzebrany tłumek osobistości, a autor wszystkie je znał doskonale, bowiem byli to pracownicy fabryki wywaleni przezeń na bruk w ramach likwidacji zakładu. Na czarnego Mercedesa-Benz przepisanego przez przedsiębiorcę na cypryjską  EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd. i zaparkowanego przed domem, wdrapał się wampir-pokraka z transparentem „Pracy i Chleba”, wyjąc przy tym przeraźliwie. Tłum prowadził sierżant Międzyzjeż oraz dwóch wielkich białych Ninja. W czarnym punkciku na granicy koszmaru, idealnie poza światłem latarni, kuliła się do skoku czarna pantera. Znacznie szybsza niż jakikolwiek sen na jawie.

Przyszli po niego.

Refleksja o wyborach, ze sprawy cywilnej wywiedziona

To była jedna z pierwszych spraw, jakie zostały mi powierzone jako adwokatowi.

Powód złożył przeciwko mojemu mocodawcy pozew o zapłatę kwoty na poziomie kilkuset tysięcy złotych. W kilka dni po złożeniu pozwu, Sąd Okręgowy wydał nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym odpowiadający żądaniu, a następnie nadał orzeczeniu klauzulę wykonalności. Powód niezwłocznie przystąpił do czynności związanych z egzekucją, w szczególności złożył wnioski o wpis hipoteki ustawowej do księgi wieczystej lokalu należącego do pozwanego.  Dopiero wówczas pozwany powziął wiadomość, że skierowano przeciwko niemu akcję procesową, albowiem w pozwie – celowo – podano nieaktualny od wielu lat adres zamieszkania mojego mocodawcy. Przesyłka zawierająca nakaz zapłaty wraz z pozwem nie została w konsekwencji odebrana przez pozwanego. Jak odnotowano na dokumencie pocztowym i kopercie: „przysyłki nie doręczono, gdyż adres jest niedostateczny/adresat nie przyjął przesyłki z placówki pocztowej.” Sąd Okręgowy uznał korespondencję za doręczoną, zaś chwilę później, nadał sprawie status prawomocnie rozstrzygniętej.

Aktualnie taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca z tego względu, że 7 listopada 2019 r. wraz z obszerną nowelizacją K.p.c., wprowadzono przepisy, które gwarantują, że w przypadku braku odebrania pozwu, przewodniczący zawiadamia o tym powoda, przesyłając mu przy tym odpis pisma dla pozwanego i zobowiązując do doręczenia tego pisma pozwanemu za pośrednictwem komornika. Z kolei powód w terminie dwóch miesięcy od dnia doręczenia mu zobowiązania sądu, jest zobligowany złożyć  do akt potwierdzenie doręczenia pisma pozwanemu za pośrednictwem komornika bądź zwrócić pismo i wskazać aktualny adres pozwanego lub dowód, że pozwany przebywa pod adresem wskazanym w pozwie. To dosyć ważna i słuszna modyfikacja.

Wracając do referowanej sprawy, pozew przeciwko mojemu mocodawcy był oparty na fałszywych podstawach, ale tak już jest, że w postępowaniu upominawczym sądy nie badają dokładnie stanu faktycznego lub prawnego, lecz – przeważnie – automatycznie wydają nakaz zapłaty, co do którego pozwany ma prawo złożyć sprzeciw w terminie 14 dni od chwili doręczenia. Sytuacja się komplikuje, jeśli pozwu i nakazu faktycznie nie doręczono, a formalnie uznano za doręczony.

Trzeba było szybko działać. Złożyłem sprzeciw od nakazu zapłaty, jak również – z ostrożności – wniosek o przywrócenie terminu. Podniosłem, że czynność „zastępczego doręczenia” była prawnie niedopuszczalna, ponieważ – zgodnie z orzecznictwem – warunkiem skuteczności zastępczego doręczenia jest to, by adresat istotnie mieszkał pod wskazanym adresem, zaś obowiązek zawiadamiania o zmianie miejsca zamieszkania nie rozciąga się na czas przed wytoczeniem powództwa. Punktowałem, że nakaz zapłaty utracił moc z chwilą złożenia sprzeciwu. Podkreślałem, że w czasie składania sprzeciwu od nakazu zapłaty, termin na jego złożenie  nie rozpoczął jeszcze swojego biegu, wnosząc o – prawidłowe – doręczenie pozwu wraz z załącznikami.

Sąd Okręgowy oddalił wniosek o przywrócenie terminu i odrzucił sprzeciw. Powód przeniósł wierzytelność i tytuł wykonawczy na osobę trzecią, a osoba trzecia scedowała wierzytelność i tytuł wykonawczy na osobę czwartą.

Złożyłem zażalenia i poszedłem na rozmowę z Przewodniczącym Wydziału, w którym toczyła się sprawa. Dziś piszę o tym spokojnie, ale wówczas trudno mi było zachować spokój, bo byłem absolutnie przekonany o tym, że dzieje się oczywiste bezprawie, a dodatkowo jeszcze musiałem tłumaczyć klientowi, że Sąd Okręgowy się fatalnie pomylił. Przewodniczący przeglądając akta wysłuchał spokojnie mojego streszczenia sprawy i wszystkich tych sygnatur orzeczeń Sądu Najwyższego, które miałem przygotowane i spisane na żółtej karteczce, a następnie – słusznie skądinąd – rzekł: – No tak, rozumiem, ale z jaką sprawą przychodzi Pan do mnie jako do Przewodniczącego Wydziału? Na co odpowiedziałem, że rozumiem kwestię niezawisłości, ale przecież Pan Sędzia widzi, że ta sprawa to przekręt, że zgodnie z cytowanymi wcześniej orzeczeniami SN, nie powinno być prawomocności ani wykonalności, że za chwilę oszuści będą windykować mojego klienta, więc jeśli mogę prosić, o coś prosić, to żeby natychmiast wysłać akta z moimi zażaleniami do Sądu Apelacyjnego. Pamiętam, jak Pan Sędzia zapytał, czy złożyłem również wniosek o wznowienie postępowania, ale najbardziej pamiętam jego słowa odnoszące się do mojej ufności w sprawczą siłę rozstrzygnięć Sądu Najwyższego: – Wie Pan, Panie Mecenasie, Sąd Najwyższy orzeka nam tutaj z dużej wysokości, ale to są czasem różne abstrakcje, tymczasem praktyka pozostaje praktyką i nie zawsze udaje się te światy idealnie pogodzić, tak właśnie to wygląda.  Warto więc korzystać z wszelkich możliwych środków ochrony prawnej, szczególnie w sytuacji formalnie nieoczywistej.

Przypomniałem sobie powyższą sprawę w kontekście nadchodzących wyborów/nie-wyborów i padających argumentów odnośnie ich bojkotu, nawoływań do szlachetnego, uroczystego palenia kart wyborczych albo ich odsyłania Jackowi Sasinowi na podstawie wzoru zaproponowanego przez sławnych adwokatów, opublikowanego w jednej z gazet codziennych. Mam taką refleksję, że jeśli system prawny daje możliwość wyrażenia sprzeciwu wobec bezprawia poprzez oddanie głosu przeciwko ludziom, którzy za dane bezprawie są odpowiedzialni, to należy z tego uprawnienia skorzystać, nawet jeśli dane uprawnienie nie jest doskonałe, lecz obarczone wadami. Jest to bowiem zarazem środek ochrony, którego wyrzucenie do kosza jest faktyczną i prawną kapitulacją, tak jak byłoby kapitulacją niezłożenie sprzeciwu i zażaleń w zreferowanym wcześniej postępowaniu cywilnym, powodującą windykację mojego mocodawcy i – jak to się potocznie mówi – puszczenie pozwanego z torbami. Bojkot jest zamknięciem oczu i wyrazem życzeniowego myślenia, że Świat nie może być brudny i ktoś – tylko kto? – przyjdzie i za nas ten Świat posprząta. Zazwyczaj jednak przyjęcie tego rodzaju postawy powoduje, że rzeczywistość szeroko rozmija się z oczekiwaniem. Tym bardziej, że Sąd Najwyższy – jak powiedział wspomniany Przewodniczący Wydziału (choć w innym kontekście) – orzeka nam tutaj z dużej wysokości, ale to są czasem różne abstrakcje, a warto zastrzec, że wkrótce – patrząc na polityczne zmiany i praktykę orzeczniczą Trybunału Konstytucyjnego – może się okazać, że abstrakcja będzie jeszcze bardziej abstrakcyjna, choć oczywiście nie mogę tego na chwilę obecną przesądzać.

Sad Okręgowy dosyć szybko przesłał akta do II – ej Instancji, zaś Sąd Apelacyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu sprzeciwu oraz dwa postanowienia o nadaniu klauzuli wykonalności.

Wszystkie te kłamstwa Galopującego Majora – „Przedwojnie”

Refleksję o „Przedwojniu” wypada mi rozpocząć od pytania: kim jest Łukasz Hassliebe? Przedmiotowe  pytanie w zasadzie powinno być szersze i brzmieć: kim jest Galopujący Major? Gdybym bowiem nie wiedział kim jest lub kim nie jest Łukasz Hassliebe lub Galopujący Major (dalej jako: „Galopujący Major” lub „Łukasz Hassliebe”), to po jego powieściowy debiut najprawdopodobniej bym nie sięgnął. Na internetowej obwolucie książeczki, zamieszczonej przez wydawcę po drugiej stronie lustra, podano, że Łukasz Hassliebe to prawnik, pisarz, publicysta, publikujący pod pseudonimem Galopujący Major m. in. w Krytyce Politycznej i „Super Expressie”. Z kolei po wstukaniu w wyszukiwarce hasła:  „Kim jest Galopujący Major?”, pojawia się odpowiedź prehistorycznego Salonu24: „Wielokrotnie pokazał, że jest cynikiem, człowiekiem wyrachowanym, obślizgłym. Notorycznie nie chcąego dostrzec rzeczy oczywsitych. (…)” lub twitterowa czarno-biała ikonka ukazująca Marylin Monroe. Dla mnie Galopujący Major jest przede wszystkim autorem bloga pt. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”, lewicowym szerszeniem, od którego się opędzam, lecz ten raz po raz dosięga i kłuje w czułe miejsca.

Galopujący Major zareklamował swoje „Przedwojnie” jako dwa rzemieślnicze piwa wysokiej jakości, dzikie nowoczesne krafty, które pieprzną czytelnikiem o twarde podłoże, albo co najmniej sprawią, że zatoczy się on szerokim łukiem i będzie musiał poskładać na nowo rzeczywistość w sobie i poza sobą. Łukasz Hassliebe kłamie, albowiem jego powieść nie jest ani piwem ani nawet dwoma. Nie jest również dana powieść innym alkoholem,  choć z drugiej strony i zgodnie z moim jej odczytaniem, żadnej odpowiedzi nie powinno się z góry odrzucać, więc wypada zastrzec, że książka wchodzi bardzo dobrze nawet bez popitki. Nie zmienia to faktu, że w pierwszej kolejności  „Przedwojnie” jest ekranizacją bloga pt.  „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” oraz urwanej kilka lat temu twitterowej działalności Galopujacego Majora, która to twórczość najwyraźniej – zgodnie z zasadami fizyki i prawem Fejmu/Flejmu – szukając ujścia i drogi ku publiczności, odnalazła ją na dużym ekranie. Gdyby więc zadać pytanie, o czym jest powieść Łukasza Hassliebe, najprościej byłoby odpowiedzieć, że jest o tym, o czym Galopujący Major na co dzień pisze na blogu.

Głównym bohaterem „Przedwojnia” jest Polska lub Świat (dalej jako „Polska” lub „Świat”). Za kilka lat. Z tym zastrzeżeniem, że czas jest zabawnym zagadnieniem lub paradygmatem, tak jak spostrzeżenie, że gdy prawnik stosuje spójnik logiczny „lub”, to nie jest zazwyczaj pewny, która ze spajanych wartości jest prawdziwa. Świat zlekceważył zagadnienie globalnego ocieplenia i problematykę nierówności społecznych. W Polsce brakuje wody i prądu, lewica i poglądy lewicowe wydają się istnieć wyłącznie w głowie jednej z postaci. Postaci niekonsekwentnej, nieporadnej, i generalnie wkurwiającej. Warszawskie Śródmieście jest polem permanentnej prawicowej demonstracji i marszem niepodległości, na obrzeżach Parku Skaryszewskiego toczone są dla podsycania antagonizmów w społeczeństwie pokazowe bitwy Policji z kibolami, lasy toną w śmieciach, w interiorze straszą opustoszałe wsie. Nad tym wszystkim krążą tysiące dronów, stanowiąc niejako przedłużenie smartfonów i społecznościowych mediów, które zniekształcają rzeczywistość do tego stopnia, że już nie wiadomo czym jest prawda. Zupełnie jak dziś.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że początek opowieści trochę zawodzi, a postacie i dialogi sprawiają wrażenie wyciętych z Twittera. Przestrzegam przy tym  przed przedwczesnym odłożeniem książki na półce, bo z każdą pięćdziesiątką, podawana wódka jest coraz zimniejsza. A jeśli nawet cieplejsza, to po prostu się tego nie czuje, bo Łukasz Hassliebe – co nie ulega wątpliwości – jest świetnym operatorem,  stąpającą na granicy poezji świnką.  Warto zaznaczyć, że „Przedwojnie” jest scenariuszowo nieco bardziej wieloznaczne niż większość felietonów Galopującego Majora, zaś Łukasz Hassliebe nikogo nie zwalnia w prosty sposób z odpowiedzialności za kroczącą apokalipsę. Czuć, że w obraz zainwestowano wysokie fundusze charakterystycznego dla Galopujacego Majora narracyjnego szaleństwa, pozostającego zarazem w tajemniczej styczności z rzeczywistością. Kapitalna jest na przykład scena włamu do Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Dobrej podczas narodowej demonstracji, w wyniku której demonstranci wywożą książki na front starcia z Policją, a potem tym knigami napierdzielają w przeciwników.

Niezależnie od politycznego wydźwięku i czerwonego światła, które chciałby Łukasz Hassliebe wyświetlić Polsce lub Światu, jakiejś grubej kreski, którą chciałby narysować, „Przedwojnie” nastraja pesymistycznie jak obrazy Kena Loacha lub Iñárritu (nawet jeśli czasem przypomina film Mela Gibsona). Człowiek – niezależnie od przyjętych barw ideowych lub politycznych – jest chciwy i nie ma zmiłowania dla słabszych od siebie. Idee wyrównywania szans oraz braterstwa są sprzeczne z jego konstrukcją, i nie zwiedzie mnie scena z sadzeniem pomidorków u starszych Państwa.  Wszyscy ludzie są tacy sami, z tym, że niektórzy uzyskują przewagę, dzięki czemu mogą pomiatać słabszymi lub – w najlepszym razie – po prostu o słabszych zapomnieć. Człowiek nie zawaha się skrzywdzić drugiego, aby okazać nad nim wyższość lub w odwecie za uciśnienie prawdziwe czy urojone. Współczesnemu Światu lub Polsce, którymi my wszyscy jesteśmy (że tak pozwolę sobie górnolotnie napisać po wypiciu całości lektury), udaje się za pomocą nowoczesnych technologii i systemu „późnego kapitalizmu” wszystkie te wspaniałe cechy gatunku ludzkiego uwypuklić.

Nie rozleciałem się po przeczytaniu „Przedwojnia”, aby na powrót poskładać. Rzuciłbym komórką, najlepiej w lustro, ale wtedy nie mógłbym przecież sprawdzić, czy ktoś przeczytał moją notę. Ponadto z pewnością wściekłbym moją żonę. Jeśli zaś jest coś najważniejszego na tym łez padole, to jest to życiowy partner i rodzina, a Świat lub Polskę mogą uratować tylko kobiety. Nawet jeśli epilog „Przedwojnia” zdaje się szeptać: ale tak naprawdę to nie wiadomo.

Prawo nie istnieje

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że istnieją przesłanki do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej i dany stan powinien był być wprowadzony najpóźniej z początkiem kwietnia.

Zgodnie z obowiązującym prawem, jest jasne, że zmiany zasad wyborów nie powinny być uchwalane później niż na pół roku przed ogłoszonymi wyborami.

Zgodnie z obowiązującym prawem, jest jasne, że rozpoczęcie procedowania zmian Kodeksu wyborczego może nastąpić nie wcześniej niż czternastego dnia od chwili doręczenia posłom druku projektu takich zmian.

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym (art. 127 Konstytucji).

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że zasady wyborów założone przez rządzącą partię w poselskim projekcie ustawy o szczególnych zasadach przeprowadzania wyborów powszechnych na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej zarządzonych w 2020 r. (Druk nr 328) powodują, że planowane w maju wybory będą niezgodne z zasadami równości, tajności i powszechności.

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że przyjęte przez partię rządzącą w powyższym projekcie ustawy procedury i podejmowane aktualnie działania związane z majowymi wyborami, naruszają między innymi prawo dotyczące ochrony danych osobowych.

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że ani Sąd Najwyższy ani Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego nie jest centralnym organem administracji, zaś pomiędzy Sejmem i Sądem Najwyższym nie może zaistnieć spór kompetencyjny.

Zgodnie wreszcie z obowiązującym prawem, Sąd Najwyższy orzeka o ważności wyborów.

W ostatnim czasie nasilają się apele i wezwania, aby Sąd Najwyższy dał odpór dziejącemu się bezprawiu i powstrzymał posuwającą się krok za krokiem destrukcję demokratycznego państwa prawnego. Wczoraj przeczytałem apel, pod którym podpisało się wiele prawniczych autorytetów, między innymi prof. Adam Strzembosz (były prezes TK i były I Prezes SN), a podniesiono w nim w szczególności jak następuje: „(…) Istnieje niebezpieczeństwo, że o ważności nadchodzących wyborów prezydenckich orzekać będzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, w której składzie są osoby wyłonione przez Krajową Radę Sądownictwa w nowym składzie (…)”, i wskazano ponadto, że nie można dopuścić, aby o ważności wyborów orzekali sędziowie, co do statusu których istnieją wątpliwości wynikające z podstaw ich powołania. Autorzy apelu uważają, że Sąd Najwyższy może powstrzymać niebezpieczeństwo grożące państwu w związku z planowanymi wyborami, poprzez odsunięcie od orzekania sędziów powołanych do SN przez politycznie ukształtowaną z inspiracji rządzącej partii Krajową Radę Sądownictwa w nowym składzie. 

Zgodnie z obowiązującym prawem jest jasne, że brakuje podstaw, aby powyższy apel uwzględnić, zaś Sąd Najwyższy nie posiada żadnego legalnego narzędzia, które pozwoliłoby z dnia na dzień odsunąć sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego od orzekania, w tym orzekania o ważności wyborów.

Natomiast jest dziś dla mnie równocześnie jasne, że kwestia kto i jak będzie orzekał o ważności wyborów nie ma specjalnego znaczenia. Przyjmijmy bowiem nawet, że Sąd Najwyższy stwierdziłby nieważności wyborów. Cóż z tego? Rządząca partia wykreuje – na przykład – na podstawie takiego orzeczenia spór kompetencyjny, zaś ostateczne rozstrzygnięcie tematu zada Trybunałowi Konstytucyjnemu, którego wyrok z kolei będzie pewny. Prawo na poziomie ustrojowym i związanym z trójpodziałem władz przestało w tym kraju w istocie istnieć, albowiem traktowane jest wyłącznie jako elastyczna pulpa, którą można wykładać i stosować dowolnie, zależnie od potrzeb wykładającego lub stosującego.

Muszę na koniec zastrzec, że nieco śmieszy mnie oczekiwanie niektórych obywateli, jakoby prawnicy, a w szczególności „starzy” sędziowie Sądu Najwyższego mieli uratować Świat, tak samo jak śmieszy mnie narzucanie im metod postępowania, które byłyby z prawem niezgodne i podobnie bezprawne jak wiele działań rządzących, których – tylko część – podałem na wstępie. Prawnicy są bowiem zasadniczo bezbronni na polu gry, na którym wszelkie zasady mogą być zawsze podważone.

„Zjawa” czyli zemsta nietoperza

Głośną kilka lat temu „Zjawę” obejrzałem dopiero ostatnio. Do obrazu meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzaleza Iñárritu podchodziłem ze sporym dystansem, mając w pamięci dyskusje jakie toczyły się przy okazji przyznania filmowi dwunastu oscarowych nominacji, sfinalizowanych zwycięstwem w trzech kategoriach: najlepszy reżyser; najlepszy aktor pierwszoplanowy (Leonardo DiCaprio); najlepsze zdjęcia (Emmanuel Lubezki). Recenzenci oraz komentatorskie autorytety wskazywali wówczas w zdecydowanej większości, że trzy przyznane Oscary są zasłużone, ale akcentowali zarazem, że poza świetną kreacją DiCaprio i cudnymi zdjęciami Lubezkiego, nie znajdzie widz w „Zjawie” nic więcej szczególnie wartościowego, a Iñárritu nagrodę dostał niejako z rozpędu. Podkreślano, że film jest pustą historią o czołgającym się za zemstą po skutych lodem i spowitych śniegiem pustkowiach dzisiejszej Montany myśliwym, nawet jeśli osnutą wokół prawdziwych wydarzeń i historycznej postaci Hugh Glassa, ubraną w mistrzowską scenografię. Ewentualnie zestawiano dzieło Iñárritu z „Tańczącym z Wilkami” jako film rozliczeniowy, dekonstruujący legendę Dzikiego Zachodu. Tymczasem nie stanowi „Zjawa” ani prostego kina zemsty, ani nie przeciwstawia w prosty sposób świata Indian, światu białego najeźdźcy. Jest głębokim, wielopoziomowym dziełem. W zasadzie arcydziełem, które postawiłbym w swojej pierwszej dziesiątce wszech czasów.

Linia fabularna „Zjawy” faktycznie nie jest skomplikowana. Jest rok 1823, grupa traperów i myśliwych, których przewodnikiem jest Hugh Glass, powraca właśnie z kilkumiesięcznej wyprawy na daleką północ po skóry dzikich zwierząt, gdy zostaje napadnięta przed Indian z plemienia Arikarów. Z zasadzki ucieka jedynie garstka łowców, próbując uchodzić w kierunku Fortu Kiowa, wciąż oddalonego o wiele dni drogi. Hugh Glass podczas jednego z porannych zwiadów zostaje zaatakowany i zmasakrowany przez niedźwiedzicę Grizzly, obawiającą się o swoje potomstwo. W wyniku starcia, protagonista nie może się poruszać o własnych siłach, zaś jego kompani niecierpliwie czekają aż wyzionie ducha, bo opóźnia ucieczkę przed Arikarami. Gdy drużyna ze względu na rannego nie może sforsować podejścia pod stromiznę wzniesienia Gór Skalistych, Glass zostaje pozostawiony w lesie na pewną śmierć. W ostatniej godzinie towarzyszyć mu mają: syn – półindianin Hawk oraz John Fitzgeralnd (Tom Hardy), który podejmuje się zadania w zamian za sowitą zapłatę. Mają czekać na śmierć Glassa i uczynić mu  godny pochówek. Fitzgerald obawiając się pościgu Indian czekać nie zamierza i postanawia uśmiercić przewodnika. Wywiązuje się szarpanina, w wyniku której Fitzgerald zabija Hawka na oczach bezradnego Hugh Glassa. Dalsza – większa – część filmu poświęcona jest wysiłkom głównego bohatera, aby nie opuścić świata żywych i zemścić się na Fitzgeraldzie.

Na podstawowym i najbardziej oczywistym poziomie jest więc – faktycznie – „Zjawa” kinem zemsty, w zasadzie antywesternem. Pragnienie odwetu to podstawowa oś scenariusza i wiodący czynnik powodujący bohaterem, pozwalający mu toczyć niemożliwą – jak się wydaje – do wygrania, walkę o przeżycie, następnie przejść do bezlitosnej realizacji założonego celu. Protagonista musi przebyć długą drogę zanim stanie do pojedynku z Fitzgeraldem. Nie jest to trasa usłana dziesiątkami starć na broń białą lub palną, jak w wielu tego rodzaju filmach, gdzie wrogowie kładzeni są pokotem. Przeciwnikiem Hugh Glassa jest przede wszystkim natura, która dzięki zdjęciom Lubezkiego urasta do  rangi rzeczywistej postaci filmu.  Łowca walczy z monumentalną, fascynującą i przerażającą, pierwotną przyrodą górująca nad człowiekiem, a równocześnie prowadzi batalię o zatrzymanie wypływającego zeń ziemskiego życia.  Podróż bohatera śledzimy na jednym wdechu. Reżyser relacjonuje ją realistycznie, wręcz naturalistycznie. Akcja jest cierpliwa jak w starym dobrym filmie, gdy reżyserzy nie ścigali się jeszcze na efektowność i nie musieli grać w algorytmy, lecz zarazem dynamiczna. Przyspiesza od czasu do czasu, czy to wodospadem, czy to pędzącym stadem bizonów, czy konnym pościgiem. DiCaprio zasłużył na Oscara nie dlatego, że pluje, harczy,  tarza w błocie, ale dlatego, że jego Glass jest wiarygodny. Pełen życia na tyle, na ile może być życia w umierającym i pełen śmierci na tyle, na ile może być śmierci w nieumarłym pragnącym śmierci innego śmiertelnika.

W kolejnym kręgu – poetyka Dantego jest tutaj jak najbardziej adekwatna – „Zjawa” jest dziełem o ludzkiej potrzebie podboju, chciwości, oraz  nierozerwalnie  związaną z chęcią  posiadania przemocy. Z tym istotnym zastrzeżeniem, że reżyser meksykański nie jest zainteresowany wyłącznie schematycznym rozliczeniem zbrodni przybyszów zza oceanu na rdzennej amerykańskiej ludności, lecz spojrzeniem szerszym. Iñárritu dostrzega, że najdziksza spirala jest nakręcana przez Europejczyków, ale nie idealizuje świata Indian. Motorem wydarzeń jest wprawdzie porwanie córki wodza Arikarów przez – konkurencyjną do grupy Glassa – drużynę francuskich myśliwych, zaś słowa wodza Arikarów o tym, że biały człowiek wyrywa  rozbojem ziemie Indian, na której funkcjonują od wieków – trafią w punkt, lecz z drugiej strony, nieprzypadkowo spotyka Glass podczas swojej epopei Paunisa, którego rodzina została wyrżnięta w pień przez Siuksów. Reżyser ukazuje nasz gatunek jako skażony, zły  i brzydki, przeciwstawiając go otaczającej przyrodzie. Wszyscy ludzie są tacy sami, wydaje się sygnalizować Iñárritu, ale niektórzy osiągają w walce o wpływy przewagę, dzięki czemu mogą drugimi pomiatać. Z zaznaczeniem, że ta przewaga jest w gruncie rzeczy przypadkowa, bo nikt nie wybiera, czy urodzi się białym, Indianinem, czy półindianinem. Współczesna refleksja na tak zarysowanym tle musi prowadzić – między innymi – do tematyki nierówności i wniosku, że idee wyrównywania szans oraz braterstwa są ideami sprzecznymi z odwieczną konstrukcją istoty ludzkiej, i być może dlatego właśnie tak trudno przyswajalnymi. Charakterystyczne, że wprawdzie niedźwiedzica maltretuje głównego bohatera nieomal na śmierć, ale kieruje się obawą o swoje stado. Człowiek krzywdzi z potrzeby zysku lub dla przyjemności, aby okazać wyższość nad innymi ludźmi, tudzież z potrzeby odwetu, gdy jego bliscy zostaną dotknięci przemocą. Czy Glass jest lepszy? Znamienne, że gdy dopada i kroi nożem Fitzgeralda, ten wypowiada mu w twarz: „Napawaj się tą chwilą, bo nic nie przywróci życia twojemu chłopakowi”. Dla podkreślenia dysonansu wypada dodać, że według legendy, prawdziwy Glass miał wybaczyć Fitzgeraldowi, choć historia milczy o tym, aby Fitzgerald zabił mu syna.

„Zjawa” jest ponadto niezwykle interesująca motywem samej zjawy. Polskie tłumaczenie tytułu obrazu jest kulawe, albowiem zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego „zjawa”  to po prostu duch zmarłego lub coś co jest wytworem wyobraźni budzącym lęk, w każdym razie jednoznacznie reprezentuje świat nadprzyrodzony. Tymczasem „revenant” w języku angielskim może oznaczać zarówno zjawę w naszym rozumieniu tego słowa, jak i powracającego śmiertelnika, tego który znów się pojawia. Angielski tytuł jest więc dwuznaczny, bo może się odnosić zarówno do zamordowanej przez białych najeźdźców indiańskiej małżonki Hugh Glassa, która objawia się bohaterowi w kluczowym momencie, nie dając umrzeć, a na końcu, po zabójstwie Fitzgeralda odchodzi w przestrzeń, jak i do samego Glassa, bo jest on właśnie tym, który powraca, znów się pojawia. Na marginesie wypada zaznaczyć, że źródłosłów słowa „revenant” jest łaciński: venire: pojawiać się; re – venire:  przychodzić, nadchodzić. Motywem zjawy, film narzuca  także skojarzenie z dziełami szekspirowskimi, w pierwszej kolejności „Hamletem”. Tak jak w „Hamlecie” otruty ojciec domaga się z zaświatów sprawiedliwości, zmuszając duńskiego księcia  do pomszczenia swojej śmierci, tak zjawa małżonki Glassa wydaje się krzyczeć o zemstę, nawet jeśli nie wypowiada żadnych słów, a jej oblicze jest łagodne i spokojne.  Świat w wyniku realizacji życzeń płynących z zaświatów nie jest lepszy. Z kolei w jednym z poetyckich koszmarów Glassa, spotyka on zamordowanego syna w ruinach chrześcijańskiego kościoła. Pod wpływem tej sceny, przypomina się fraza: Bóg umarł, i stanowiące jej konsekwencję pytanie: kto zatem rozdaje karty?

Film Iñárritu – w dużej mierze dzięki fenomenalnym zdjęciom Lubezkiego – jest na koniec niezwykłym, ocierającym się o geniusz hymnem o pięknie przyrody w czasie, kiedy człowiek nie potrafił jej jeszcze okiełznać i zgodnie z hasłem jakiegoś pierwszorzędnego łotra nakłaniającego do chciwości i podbojów: uczynić jej sobie poddaną. Jak wspomniałem wcześniej, przyroda jest pełnoprawnym bohaterem opowieści sutej przez meksykańskiego reżysera, żyjącym szumiącym lasem, rwącym potokiem, zaśnieżonymi wzniesieniami Gór Skalistych. Bohaterem, który potrafi się odwinąć człowiekowi mrozem i niedźwiedzią łapą, ale nie tylko. I nie tylko wtedy.

„Zjawą” nazywamy jeden z gatunków nietoperzy zamieszkujących Azję.

EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd.

Prowadzę kancelarię indywidualną i zasadniczo nie lubię pracować z innymi prawnikami, zaś spraw egzekucyjnych nie lubię w ogóle. Kiedy jednak tajemniczy klient piszący z adresu wielkipisasz@wp.pl wydał e – mailem instrukcję, że mam działać ramię w ramię z adwokatem ze Szczecina oraz wskazał komornika, do którego życzy sobie skierować wniosek o egzekucję z dodatkowym zastrzeżeniem, żebym osobiście uczestniczył w czynnościach, nie oponowałem. Dwieście złotych za godzinę pracy, to kawał kasy w dzisiejszych czasach. Na konto wpłynęła zaliczka, a poleconym przyszedł tytuł wykonawczy, więc wszystko się zgadzało.  

Jest poniedziałek, nazajutrz wejdzie w życie specustawa wykluczająca eksmisję. – Mamy mało czasu, trzeba dać świadectwo – pozwalam sobie pomyśleć. – Świadectwa nie mają żadnego znaczenia – odpowiada adwokat ze Szczecina, spluwając przez otwarte okno taksówki, którą wydzwoniliśmy na pętli w Chebziu.  Komornik się śmieje, pokasłując. Prostacko.  Adwokat ze Szczecina, Paweł, jest całkiem w porządku. Całą drogę tramwajem z dworca, na którym byliśmy umówieni, słuchał muzyki. Powiedział, że hip-hopu. Ufam ludziom, którzy słuchają hip-hopu. Są zazwyczaj szczerzy, nawet jeśli muzyka dziecinna. A może właśnie dlatego? Dziwny ten komornik. Podejrzanie inteligentnie patrzy mu z ryja. Kogoś mi przypomina.

Dojeżdżamy na miejsce, wysiadamy z taksówki i stajemy we trzech przed  posesją przy ul. Kwiatowej 14 na osiedlu „Nowy Paryż” w Goduli. Dom jest imponujący. Jednopiętrowy, z garażem i dwoma balkonami. Nowoczesna zabudowa jednorodzinna z dużymi oknami, wykończona drewnem.  200 m. kw. jak nic. Solidna niemiecka robota. Wszystko pachnie nowością i grubą gotówką. Każdy fajnopolak z Wilanowa marzy o czymś takim. Przed budynkiem widać dwa elegancko przystrzyżone trawniki, zaś pomiędzy nimi biegnie dróżka wyłożona kostką. Po jednym z trawników biega piesek. West Highland white terier.

Ruszamy naprzód równym krokiem. Gdyby Quentin Tarantino zdejmował zdjęcia niniejszej sceny, to aktualnie nasze sylwetki byłyby filmowane od strony pleców. Togi tańczą na wietrze, który się właśnie zerwał. Zieleń żabotów jest bladozielona, bladziutka jak kolory na okoliczność filmu „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” autorstwa Sergio Leone. Po lewej mijamy wypasionego, czarnego  Mercedesa – Benz, limuzynę. Nie potrafię podać bliższych danych, ponieważ nie znam się na motoryzacji, potrzebowałbym opinii biegłego. Widziałem kiedyś takie auto w reklamie jakiejś klasa książki. Powieść nazywała się chyba „Reiffeisen”, ale to nie ma znaczenia. Po prawej rozciąga się srebrny Porsche – Cayenne na…, na…  płockich rejestracjach. A kiedy zorientowałem się, że rejestracje Porsche – Cayenne są nadane w Referacie Komunikacji Urzędu Miasta Płocka, moje serce zaczyna śpiewać melodię „Spiel mir das Lied vom Tod”.  To tradycyjnie któryś chujek zapewne nie wyłączył komórki. Drzwi domu otwierają się i naprzeciw nam wychodzi niewysoki, łysawy jegomość w czarnej bluzie zespołu „Megadeth”. Rzucam na ziemię teczkę i sięgam pod togę, po tytuł wykonawczy. Będę pierwszy, tak jak Patron mnie wyszkolił. To jedyna szansa. – Wnoszę jak dotychczas, konsekwentnie! Jednak przeciwnik, którego miałem w niniejszej sprawie za dłużnika egzekwowanego uśmiecha się i okazuje wydruk z księgi wieczystej. W dziale drugim wpisano „EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd.”. – Spółka cypryjska. A więc PUŁAPKA! –  ostry gwóźdź wbija się w pół-świadomość. Adwokat ze Szczecina chwyta mnie za lewicę pozwem. – Przykro mi, on mnie wymyślił – mówi z żalem. Po mojej drugiej stronie, komornik zdejmuje marynarkę i okazuje się prokuratorem. Oślepia mnie czerwień. Teraz wiem, skąd go znam. To inkwizytor z Ostrołęki, ze spraw dotyczących przestępczości zorganizowanej, którego podsądni nazywają przewrotnie „Wszytkiedobren”, bo jeszcze nigdy nie zgodził się na zawiasy. Moja prawa ręka opleciona jest już zarzutami.  Krzyczę „Sprzeciw!”. Kamera sięga za moje plecy, za jedne plecy więcej, i wówczas podąża za kolejną postacią. To Sędzia. Słońce nieuchronnie zmierza za horyzont. Sondzia trzyma w ręku postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. Błyska fiolet pieczątki, a papier, na którym wydrukowano orzeczenie o środku zabezpieczającym szeleści łaskotany podmuchami powietrza. Ostatkiem sił udaje mi się na chwilę wyrwać z uścisku zarzutów stawianych przez prokuratora. Wyrzucam w górę tytuł wykonawczy, jednocześnie sięgając wyuczonym na aplikacji ruchem  do ukrytej kieszeni po zażalenie. Nie zdążę. Już wiem, że nie zdążę. Kątem oka widzę na balkonie nieruchomości, jakby pod białym łukiem, na którym zawieszono dzwonek, dostrzegam jakąś postać.  Radca prawny.  Na jego ramieniu skuliła się czarna pantera gotowa do skoku. Dziekan. –  Dzień dobry Panie Stanisławie – mówi łysawy jegomość w czarnej bluzie zespołu „Megadeth”. – Odechce się Panu kraść moje pomysły.

Zaczyna padać deszcz.