Czarny Elf – wyrok

Nad miastem nigdy nie rozwiewała się neonowa mgła. Poprawiłem maseczkę i głębiej naciągnąłem kapelusz. Reklama najnowszego japońskiego cudu techniki biła po oczach, kiedy zamykałem mój barakowóz i ruszyłem w zaułki stolicy. Padał deszcz. Pogoda od wielu lat, to był jeden przeciągły październik, niekończąca się smuga cienia umazana w mokrych śmieciach walających się po asfaltowej dżungli. „O szyby deszcz dzwoni, deszcz nieśmiertelny/I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny” – jak ponoć napisał poeta. Świat się konsekwentnie rozmywał.

Jak zwykle przystanąłem przy przedwiecznym muralu, głoszącym: „Z punktu widzenia Drogi Mlecznej  wszyscy jesteśmy ze wsi”, podpisanym w prawym dolnym roku kartki: „Leosje”. Kiedyś na jakimś zakazanym blogu czytałem, że „Leosje” stanowiła inicjatywę będąca odpowiedzią na problemy polityczne, którymi w latach osiemdziesiątych XX-ego wieku żyła Holandia. W jej ramach powstawały ciekawe prace w każdej części ówczesnej Europy. Za schyłkowe i najbardziej zarazem charakterystyczne dzieło danej grupy, uważana jest instalacja zatytułowana „Schody grozy”, sformułowana przy zastosowaniu glebogryzarki, obieraczki do mandarynek, oraz prosecco z hipermarketu, zawieszona w jednym z ekskluzywnych apartamentowców artystycznej dzielnicy Hagi: Bohemen en Meer en Bos. Dziś,  najbogatsi urządzają tam podobno wyprawy płetwonurków. Jak kiedyś do wraku Titanica.

Zapaliłem papierosa lub nie zapaliłem. Zaciągnąłem się, zakaszlałem. Khhh, khhh, ku, ku-rwa! Zdjąłem kapelusz, walnąłem głową w mur, założyłem kapelusz z powrotem, i poszedłem dalej. Jak to się stało, że on wygrał tę sprawę? Przekazałem prokuratorowi wszystko jak na widelcu. Przenośnie i w dosłowni, bo nie tylko nagrałem naszą rozmowę, ale i zabezpieczyłem sztućce, którymi jedli w Sheratonie kaczuszkę w gorącym półmisku, a następnego dnia nad ranem, w jednej z Kochłowickich drukarni dopadnięto maszynopis Książki, pomimo, że podobno stawiał opór, powalił kilku antyterrorystów, w tym jednego ciężko ranił słowem.

Wyszedłem z ulicy Lubelskiej na suchego przestwór oceanu. Niesamowite miejsce, prawdopodobnie jedno z najbardziej inspirujących w Warszawie, a być może w Polsce lub tym co z Polski zosrało. Przejściówka Grochowskiej w Targową, czyli ulica Zamoyskiego. Możesz stąd: (i) spojrzeć na Teatr Powszechny i sztachnąć się wonią czekolady z dymiącej obok fabryki Wedla; (ii) cofnąć po ciepłe bułki do piekarni SPC; (iii) pójść ulicą Targową, pod mostem kolejowym, w kierunku dworca Warszawa Wileńska; (iv) ścigać z tramwajem w kierunku Ronda Wiatraczna po legendarne rurki z bitą śmietaną, albo (v) gonić na Stadion Narodowy, który znajduje się w zasięgu wzroku. Ojciec opowiadał, że wygraliśmy tam z Niemcami. W cieniu kładki PKP Cargo wciąż sypie się śmierdząca chińszczyzna, po drugiej stronie hindusi sprzedają kebab, z jednego z bloków zaprasza sklep monopolowy 24 h, w rozwalającej się na rogu chatce numer 777 stracisz całą kasę na automatach.

Przysięgli uniewinnili Wielkiego Pisasza od zarzucanego mu czynu. Jeden z neonów po raz kolejny odtwarza Sondziego O’Bartoszcze czytającego werdykt.  Cóż, w końcu wydarzenie dnia na FB i Twitterze, inba. Dwunastu gniewnych ludzi, nazwanych potem w liberalnej prasie (co to jest „prasa”?) „Bohaterami”. Bohater z głową pandy, wychodząc z sali zasalutował oskarżonemu, pajac.  Z drugiej strony muszę przyznać, że ten numer obrony, kiedy Pisasz przymierzył Książkę na głowę, a ta nie pasowała, bo jakby za mała, to mistrzostwo świata. – Jeśli nie pasuje, musisz uniewinnić. If it doesn’t fit, you must aquit! – grzmiał potem adwokat ze Szczecina. Albo jak zmylili opinię publiczną, że Lucjan Brychczy nie jest urodzonym warszawiakiem, a Marcin Mięciel bez plastra na nosie, nie jest Marcinem Mięcielem, lecz replikantem.

Na budynku Teatru Powszechnego wisi plakat wskazujący, że znów grają „Siedem obłędnych błazeństw opozycji”. Szymon Bobrowski w roli człowieka-bizona, Maria Seweryn jako królowa Elżbieta II. Pada deszcz, gdzieś daleko, swój mecz rozpoczyna Arsenal, a ja nie słyszę za sobą cichych kroków, dokąd tu ptanocą zwischen-igel.

***

Otwórz drzwi kluczem ukrytym pod cegłówką przy schodkach i wejdź do środka, do mej Kancelarii, dziecię Bhaala. Sięgnij po ciepłe piwo bezalkoholowe stojące na półce, przedostatnie. Nie dotykaj akt walających się po  gnijącej podłodze, albowiem oszalejesz jak ja, ostrzegam. Rozsiądź się wygodnie na sofie o popękanym skaju, spójrz na stary plakat McMananana i wspomnij przewagi dawnego Liverpoolu. Chociaż przepraszam, nie dawaj się nabrać tym razem, ten piłkarz to Marcin Mięciel. Odpocznij, ja raczej nie wrócę o Czasie…

Czarny Elf – na północ od Werony

Zostało kiedyś napisane, że moja Kancelaria mieści się tuż obok dworca Warszawa Wschodnia im. Romana Dmowskiego. Taka jest prawda, choć nieobiektywna. Wychodzisz głównymi drzwiami z przedsionka kolejowego, skręcasz w prawo, i widzisz na murze kamienicy napis: „z punktu widzenia Drogi Mlecznej, wszyscy jesteśmy ze wsi”. To znak, że skręciłeś w złą stronę i dałeś się nabrać, bo nie powinieneś słuchać moich porad, ale po wyjściu z dworca, skręcić w lewo. Skoro już zaś zrobiłeś dwadzieścia kroków tam i z powrotem, i ponownie poszedłeś wzdłuż frontu budynku nienagannie odnowionego tuż przed Mistrzostwami Europy 2012, choć mchem zarazem nieco obrośniętego, tak jakbyś skręcił wcześniej w lewo, zamiast w prawo, ujrzysz dziki parking samochodowy, a nieco dalej wkroczysz w lasek mroku, który niegdyś stanowił być może ogrody działkowe, natomiast dzisiaj okala ruiny twierdzy Dol Guldur. Nie bój się, lub bój się ewentualnie, Twoja sprawa, ale na razie wróć jeszcze raz na dworzec, kup mi w dworcowej cukierni ciastka proszę, najlepiej przeterminowane rurki toffi z bitą śmietaną, podróbki wypieków radzymińskich, bo inaczej nie wpuszczę do biura. Gdy jesteś znów w podróży swego życia, dzierżąc tekturowe pudełko skrywające smakołyki, obwiązane czerwoną sznurówką, wejdź tedy na rubieże niestraszne wyłącznie najdzikszym komornikom, wejdź tedy w czarne ostępy tuż przy rozpadającym się zielonym kiosku zbitym z desek w dawnych czasach, latach dziewięćdziesiątych, i pójdź przed siebie, przecz czeluść, przez chwasty, przez smród odchodów miejscowych psów i nie tylko, odważnie. Ten barak, to moje biuro, a ty jesteś zapewne dziecię Bhaala.

***

W tym miejscu zastrzegam, że aktualnie nie ma mnie w biurze, natomiast właśnie wchodzę do warszawskiego Sheratona, albowiem zostałem zaproszony na spotkanie przez tajemniczego klienta piszącego z adresu wielki.pisasz@wp.pl  tydzień wcześniej, w czwartek. Podobno duża sprawa, w co jestem skłonny uwierzyć, mając na uwadze, że gościu ani przez chwilę nie oponował przeciwko zaliczce, i przysłał 250 (słownie: dwieście pięćdziesiąt) złotych polskich przekazem pocztowym, tytułem czasu (dalej: „Czasu”), który właśnie poświęcam 01 stycznia 2021 r., w święto Trzech Króli, przy Placu Trzech Krzyży, nazywanego od „Przedwojnia” Placem Pięciu Krzyży, nieco bez sensu. Przy drzwiach hotelu przejmuje mnie dziwny mężczyzna w mundurze Bundeswehry,  do chuja z ryjka niepodobny, ale przywodzący na myśl jeża, być może dlatego, że ma napisane „Seregeant Zwischen-Igel” na charakterystycznej czarnej tabliczce przyszytej do kurtki powyżej serca. – Zapraszam do restauracji, do prywatnej sali – powiada. Nie ma na ryjku maseczki, co zwraca moją uwagę, ja z kolei dezynfekuje ręce podręczną małpeczką, wlewam dwie sety prosto do gardła, ponieważ pandemia szaleje w najlepsze, trzeba uważać. – My już zaszczepieni, proszę wyluzować – wita mnie elegancki, przystojny młody człowiek po trzydziestce w wyprasowanej bluzie zespołu „Megadeth”, takiej jaką można kupić za pięć stów w limitowanej kolekcji Bytomia, szczuplutki wysportowany skurwysyn. – Jestem Alfred Miętkoch, a to mój radca prawny [******] – hugo boss od stóp do głów podaje mi liberalną prawicę (sic!). Diego Costa, krótkie spodenki, strój sportowy, pasowałby Ci bardziej – tak myślę.

Siadamy przy dużym, okrągłym stole, naprzeciwko siebie. Przychodzą panie kelnerki. Pierwsza pani kelnerka niesie gorący półmisek chrupiącej kaczuszki lub kurczaka w stylu wietnamskim, stawia posiłek na środku pomiędzy stronami, zaś obok półmiska kładzie stosik talerzy i sztućców. Druga pani kelnerka wlewa czerwone wino do stojących przed każdym z nas kieliszków i pozostawia butelkę, na etykiecie napisano: „Amarone della Valpolicella”. Gdy panie kelnerki wychodzą, podnoszę napełniony kieliszek i (wiedząc, że w przyrodzie nie ma czegoś takiego jak darmowe obiady), wnoszę jak następuje: – Amaronem! W czym więc mogę pomóc? Wypijam. Oni nie piją, uśmiechają się złowieszczo. Dziwny mężczyzna w mundurze Bundeswehry staje przy drzwiach, blokując wyjście z pokoju. – Otóż, Panie Stanisławie – mówi Alfred Miętkoch – trzeba coś podpisać, a ja nie mogę sobie na to pozwolić, ryzykowałbym pozycję w liberalnych elitach tego kraju.  Odetchnąłem, to będzie proste zlecenie. – Nie ma problemu – odpowiadam – ja jestem uczciwym adwokatem, więc mogę podpisać wszystko, szczególnie za odpowiednim wynagrodzeniem, szczególnie jeśli napisze lub stworzy to ktoś inny, całkowicie rozumiem takie sytuacje. – Więc co to będzie? Zawiadomienie o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Pana konkurentów? Donos na holenderskich znajomych, że unikają podwójnego opodatkowania? A może statut jakiejś cypryjskiej spółki? Chętnie mogę również posłużyć za słupa w zarządzie, za odpowiednim wynagrodzeniem oczywiście. – staram się zaskoczyć Klienta, że dysponuję długoletnim, kwalifikowanym doświadczeniem w tego rodzaju postepowaniach. Wówczas Diego Costa wyjmuje z czarnej teczki zbindowany dokument, czterysta – pięćset stron, tak na pierwszy rzut oka doświadczonego adwokata.

– Chodzi o Książkę, od której spłonie Polska – mówi Wielki Pisasz.

– Proponujemy wynagrodzenie w wysokości 500 (słownie: pięciuset) złotych – wskazuje Diego Costa.

– Proszę podpisać – dodaje Sierżant Zwischen-Igel.

***

Otwórz drzwi kluczem ukrytym pod cegłówką przy schodkach i wejdź do środka, do mej Kancelarii, dziecię Bhaala. Sięgnij po ciepłe piwo bezalkoholowe stojące na półce, przedostatnie. Nie dotykaj akt walających się po  gnijącej podłodze, albowiem oszalejesz jak ja, ostrzegam. Rozsiądź się wygodnie na sofie o popękanym skaju, spójrz na stary plakat McMananana i wspomnij przewagi dawnego Liverpoolu. Chociaż przepraszam, nie dawaj się nabrać tym razem, ten piłkarz to Marcin Mięciel. Odpocznij, ja raczej nie wrócę o Czasie…

Zawezwanie do próby ugodowej jako ginący gatunek

Świat był piękny i piękna była przyroda, a potem ktoś zrzucił na ziemię ludzi zaopatrując ich dodatkowo w hasło, aby poszli, rozmnażali się i czynili sobie ziemię poddaną. Ani chybi, protoplasta człowieczeństwa charakterystyczny powyższym, biblijnym hasłem, łotrem był lub jest pierwszorzędnym lub łotrem był lub jest ktoś, kto się pod niego podstępnie podszywa, czego nie można przecież wykluczyć całkowicie, zarazem nie wypada przesądzać definitywnie jak to jest w ogóle w sensie ontologicznym, więc rekomendowane byłoby pozostanie w cieniu bezpiecznej szarości spajanej zazwyczaj przez prawników spójnikiem „lub”, czy amortyzowanej roszczeniem ewentualnym, które jest zazwyczaj niby mniej pewne, ale być może jak najbardziej trafne.

Polecam dostępny w serwisie Netflix dokument Davida Attenborough zatytułowany „Życie na naszej planecie”, którego autor udowadnia, że człowiek jest najgorszą zarazą, jaka przytrafiła się Światu, istotą nieoglądającą się za siebie, bezwzględnie niszczącą harmonię stworzenia, mordującą na drodze ku zaspokojeniu własnych egoistycznych potrzeb – bezwiednie lub z premedytacją – liczne gatunki roślin i zwierząt, choć zaciskającą w ten sposób jednocześnie pętlę na swojej własnej szyi, co być może warto podkreślić, stąpając w okresie świątecznym po skrzypiącym śniegu, którego nie ma, tak jak nie ma już – całkiem od niedawna – wilka sycylijskiego, uchatki japońskiej, czy tygrysa kaspijskiego.

Wyrażam ubolewanie tytułem przydługiego wstępu, w szczególności wobec tych wszystkich z Was, którzy poczuli się urażeni, jak to się zwykle powiada w sprawach o dobra osobiste, aby poudawać, że się żałuje, nie cofając jednak niczego z tego, co zostało oświadczone, w każdym razie w swym rozumieniu nie przepraszając, choć trochę przepraszając w rozumieniu powoda zapewne. Ginącym gatunkiem, za którym chciałbym się wstawić przy okazji refleksji o niszczeniu Świata, jest instytucja zawezwania do próby ugodowej, uregulowana w przepisach o postępowaniu pojednawczym (art. 184 – 186 K.p.c.). Jeszcze niedawno po polskich sądowniczych stepach, wnioski w postępowaniu pojednawczym ganiały beztroskimi stadami, zaś dziś grozi im zagłada, która jest nieuchronna w mej ocenie.

Wnioski o zawezwanie do próby ugodowej, proceduralne rącze antylopy, szybsze niż inne zwierzęta, od zawsze żywiły się głownie przerwą biegu przedawnienia, przy czym – u zarania – pobierana od nich opłata sądowa była symboliczna. Stanowiły więc dane wnioski prosty instrument, nazywany czasem przeze mnie „kwalifikowanym wezwaniem do zapłaty”, który pozwalał na przedłużenie możliwości dochodzenia roszczenia w postępowaniu sądowym, niwelując ryzyka związane np. z przedłużającymi się negocjacjami lub niepewnością roszczenia, którego dokładna analiza, a tym bardziej przekucie w formułę pozwu, bywa czasochłonne.

Odkąd sięgam pamięcią, wnioski o zawezwanie do próby ugodowej kosztowały 40 zł. Następnie wprowadzono zasadę, że w sprawach, w których wartość przedmiotu sporu przekracza 10.000 zł, opłata wynosi 300 zł. Koszty w tej wysokości były całkowicie akceptowalne, szczególnie gdy położyć je na szali paralelnie z podstawowym w praktyce sensem funkcjonowania zawezwań, czyli przerwaniem biegu przedawnienia (nawet jeśli sens praktyczny oderwał się nieco od sensu teoretycznego, dla którego postępowanie pojednawcze zostało powołane do życia przez ustawodawcę, czy innego Twórcę). Od 21 sierpnia 2019 r. opłata za zawezwanie do próby ugodowej wynosi jednak 1% wartości przedmiotu sporu. To już nieco dużo, szczególnie przy większych osobnikach, więc zawezwania głodują, karleją, znikają łan baj łan.

Jakby tego było mało, na komentowaną zwierzynę zasadzili się kłusownicy z Sądu Najwyższego. Niegdyś dumni myśliwi, którzy dbali o zdrowie gatunku zawezwania, którzy sformułowali istotne zasady dotyczące postepowania pojednawczego, jak tę podstawową, że roszczenie zgłoszone w zawezwaniu celem zawarcia ugody powinno być możliwie precyzyjne, zaś oznaczenie sprawy (art. 185 § 1 K.p.c.) nie zwalania wnioskodawcy od ścisłego sprecyzowania jego żądania, tak aby było wiadomo, jakie roszczenia, w jakiej wysokości i kiedy wymagalne, są objęte wnioskiem (Por. np. uzasadnienie wyroku Sądu Najwyższego z dnia 10 sierpnia 2006 r., V CSK 238/06), jak również tę podstawową zasadę numer dwa, choć doznającą wyjątków, iż drugie i kolejne zawezwanie do próby ugodowej w tej samej sprawie pomiędzy tymi samymi stronami nie osiągnie swojego celu, albowiem klony nie mogą być akceptowane, będąc stworzeniami pozornymi (Por np. wyrok Sądu Najwyższego z dn. 04 kwietnia 2018 r., V CSK 328/17), z czasem SN – w udawanej trosce o przestrzeń życiową, którą zawezwania bezsprzecznie odbierają innym gatunkom fauny sądowniczej – wyparł postępowania pojednawcze do głębokiej dżungli, wskazując na konieczność każdorazowego badania dopuszczalności wniosku, między innymi takimi stanowiskami jak przedstawione w ramach uzasadnienia wyroku Sądu Najwyższego z dn. 27 lipca 2018 r., sygn. akt: V CSK 384/17, w którym podano, iż „(…) sąd, do którego wpłynął wniosek o zawezwanie do próby ugodowej, powinien dokonać jego oceny nie tylko pod względem formalnym, ale również pod kątem dopuszczalności. W ramach oceny dopuszczalności wniosku o zawezwanie do próby ugodowej musi uwzględnić to, czy wystąpienie z nim nie jest – jako nadużycie uprawnienia procesowego – sprzeczne z dobrymi obyczajami (art. 3 K.p.c.). Jeżeli dokona w tym zakresie odpowiednich ustaleń na podstawie wniosku o zawezwania do próby ugodowej, okoliczności sprawy i – ewentualnie – stanowiska przeciwnika strony wzywającej i stwierdzi, że taka sprzeczność występuje, powinien odrzucić wniosek o zawezwanie do próby. (…)”.

Efekt działalności ustawodawcy oraz Sądu Najwyższego jest taki, że jako adwokat, nie będę nikomu rekomendował zawezwania do próby ugodowej jako instrumentu rozpoczynającego strategię procesową w przedmiocie jakiegokolwiek roszczenia, albowiem – po pierwsze – przy wysokiej wartości przedmiotu sporu, koszty opłaty są już dosyć wysokie, rzekłbym: niewspółmierne, zaś po drugie i z pewnością ważniejsze, każde zawezwanie jest dzisiaj obarczone (mniejszym lub większym) ryzykiem uznania za czynność stanowiącą nadużycie prawa procesowego – tym bardziej, że ustawodawca wprowadził ostatnio takie słowo w art. 4 (1) K.p.c., które sądy będą chciały zapewne uczynić ciałem – w konsekwencji czynność, która nie przerywa biegu przedawnienia.

Moje stanowisko nie może już zostać odwrócone odpowiedzią na wiszące dziś przed powiększonym składem Sądu Najwyższego pytania w sprawie IV CSK 107/20: 1) Czy zawezwanie do próby ugodowej może przerwać bieg przedawnienia roszczenia, a jeśli tak, czy przerwa biegu przedawnienia zależy od tego, czy wierzyciel, mając na względzie zachowanie dłużnika, mógł rozsądnie oceniać, że postępowanie pojednawcze doprowadzi do zawarcia ugody? 2) Czy jeżeli zawezwanie do próby ugodowej spowodowało przeprowadzenie postępowania pojednawczego, w postępowaniu rozpoznawczym dopuszczalne jest ustalenie, że nie przerwało ono biegu przedawnienia roszczenia? Wiem bowiem, że odpowiedź na powyższe pytania nie będzie jednoznaczna.

Szkoda mi zawezwania trochę jak śniegu. Można było tutaj ulepić kulkę i rzucić w dłużnika, przerwać przedawnienie. Teraz od razu trzeba się wybrać w wysokie góry i atakować przeciwnika procesowego kompleksową lawiną, czyli składać pozew. Konieczność każdorazowego organizowania wypraw wysokogórskich, będzie z kolei – w mojej ocenie – faworyzowała większych graczy lub największych, których przeważnie stać zarówno infrastrukturalnie jak i ekonomicznie, na sporządzenie kompleksowego pozwu z dnia na dzień. Nie znam się na dziele stworzenia instytucji procesowych i nieprocesowych, ale jako niestrudzonemu podróżnikowi po sądowych stepach i dżunglach, będzie mi brakowało zawezwania, rączej antylopy, wypartej ze środowiska.

Na koniec podnoszę, że byłem i pozostanę zwolennikiem „kwalifikowanego wezwania do zapłaty”. Uważam, że jest potrzebne w naszym ekosystemie i zgadzam się z tezą wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z dn. 20 listopada 2018 r. (I ACa 184/18), że występując z zawezwaniem do próby ugodowej, wierzyciel daje wyraz swojej wiedzy o istnieniu wymagalnej wierzytelności, wyraża ponadto jednoznacznie determinację w skorzystaniu z wymiaru sprawiedliwości, podejmuje czynność bezpośrednio zmierzającą do uzyskania zaspokojenia roszczenia przed właściwym sądem. Bez względu na powyższe, zastrzegam równocześnie, że znacznie bardziej mi żal wilka sycylijskiego, uchatki japońskiej, czy tygrysa kaspijskiego, więc jeszcze raz zachęcam do obejrzenia filmu Davida Attenborough zatytułowanego: „Życie na naszej planecie”.

Autor Grozy

Siedział nad klawiaturą przed czystą kartką wyświetloną na ekranie komputera „Lenovo X1 ThinkPad”, który otrzymał od swoich oprawców. Siedział przy stoliku turystycznym łamanym przez wędkarski, na krzesełku turystycznym łamanym przez wędkarski, wielce niewygodnym krzesełku, charakterystyczne metalowe rurki siedziska wpijały mu się w pupsko, żeby nie powiedzieć dupsko, które było obiektywnie za duże i niesymetryczne, to znaczy pupsko, nie siedzisko. Siedział i pocił się z wysiłku, wysiłku intelektualnego, zaś zwoje jego mózgu ukrytego w łysawej, szpetnej główce, jęczały jak tuwimowska lokomotywa lub stoper Arsenalu tracący trzy metry do środkowego napastnika wychodzącego „sam na sam” z ojczyźnianym bramkarzem. Siedział i trzęsły się jego ręce, harde ślunskie dłonie zaprawione w wyrywaniu ziemi czarnego złota, z dziada pradziada, babuni, Rudy Śląskiej. Siedział w kwadratowym pokoiku cztery na cztery metry, o nagich ścianach przywodzących mu na myśl chłodne koleżanki z technikum lub ulubione piwo Van Pur ze spirytusowym finiszem. Siedział w kwadratowym pokoiku z jednym zakratowanym oknem, pokoiku zabetonowanym na sztywno, pozbawionym drzwi, wyposażonym w świetlik przypodłogowy przypominający konstrukcję kryjówki Pietro Savastano z któregoś kolejnego sezonu serialu „Gomorra”. Siedział, lecz w przeciwieństwie do Pietro Savastano nie ukrywał się przed Policją, lecz został przed Policją ukryty, choć i tak nikt go nie szukał, bo niby po co. Siedział nad klawiaturą przed czystą kartką wyświetloną na ekranie komputera „Lenovo X1 ThinkPad”, który otrzymał od swoich oprawców. Siedział przy stoliku turystycznym łamanym przez wędkarski, na krzesełku turystycznym łamanym przez wędkarski, wielce niewygodnym krzesełku. Siedział w kwadratowym pokoiku zabetonowanym na sztywno, pozbawionym drzwi, i sam był sobie winien, o czym wiedział, bo wcale nie był taki głupi. Siedział, ponieważ zaufał znajomym z internetu, zaufał botom, zaufał fejkowym kontom, były dlań takie miłe, podnosiły tzw. poczucie własnej wartości do rozmiarów przeciętnego niedźwiedzia brunatnego, konta twitterowe z ładnymi fociami, znacznie cieplejsze niż ściany technikum, zapijane Van Purem, milsze niż smród jesieni unoszący się dymem ponad rodzinnymi familokami. Siedział, ponieważ został zaproszony do miasta w Holandii Południowej, deemką przyszło zaproszenie, e – mailem bilet na pociąg. Siedział i pocił się z wysiłku, wysiłku intelektualnego, zaś zwoje jego mózgu ukrytego w łysawej, szpetnej główce, jęczały jak tuwimowska lokomotywa lub stoper Arsenalu tracący trzy metry do środkowego napastnika wychodzącego na „sam na sam” z ojczyźnianym bramkarzem. Siedział, bo na peronie dworca Den Haag Centraal został trafiony czymś ciężkim w łysawą główkę, potem obudził się już w kostce rubika, nie wiedząc nawet, że kilka minut wcześniej został z niej wywleczony pisarz Twardoch, albowiem napisał, co miało zostać napisane, choć – jakby przez sen – słyszał nasz Bohater: „Zostawcie Miętkocha! Tylko nie Miętkoch!”, taka to była podobno miłość platoniczna pomiędzy prozaikami, ale tak naprawdę, to nie wiadomo. Siedział i wiedział, że o północy skończy się czas, a jeśli nie zdąży do północy napisać pierwszego rozdziału wielkiej powieści, zostanie ukarany, rzucony do przegryzienia krwiożerczym kurczaczkom. Siedział zamknięty w kwadratowym pokoiku i pocił się z wysiłku intelektualnego, czas uciekał, tik-tak, tik-tok, telefony w mojej głowie, gdy pancerny świetlik został uchylony i dało się usłyszeć głos jednego z oprawców, który kazał nazywać się Ćmelakiem: – Panie Piszasz! Zostaw Pan na chwilę wielką powieść, będzie tutaj na szybko skarga kasacyjna od jednego kolegi do napisania! Autor zemdlał. Groza

R. i tajemnica urzędówki cz. 3

Panie Autorze Synu Grindewalda… – zwrócił się do oskarżonego sąd w składzie jednoosobowym – … Rainholda proszę sądu, Synu Rainholda – przepraszająco wtrącił Twórca. – A jaka to jest różnica? Wszyscy są równi wobec prawa, w szczególności prawa karnego… – powiedział sąd – …ale tak naprawdę, to nie wiadomo – dodał po cichu tak, żeby nikt nie usłyszał. – Dlaczego oskarżony nie ma założonej maseczki, zgodnie z przepisami? Chę? – zapytał. –  Przepraszam sądu – odpowiedział oskarżony. – Wysoki Sądzie – poprawił wysoki sąd zasądzająco. – Wysoki Sądzie! – stanął na baczność Autor. – Następnym razem maseczka na twarz, inaczej to będzie zakwalifikowane jako nieobecność nieusprawiedliwiona. – zabrzmiało pouczenie. – E tam, mam wiele twarzy, kilka kont fejkowych, z któregoś się zaloguję – pomyślał Twórca.  

W tym czasie obrońca, adwokat R., nie myślał przez chwilę o sprawie, ale bujał w obłokach, a w zasadzie starał się przypomnieć film „Dzień próby” z Washingtonem i…, i Ethanem Hawkiem, nie zapominajmy o Ethanie, młodym idealiście. Tam sprawa również wydawała się z początku oczywista, z gruntu przegrana, po czym skręciła zupełnie nieoczekiwanie w drugą stronę. – A może będzie wszystkodobren – rozmarzył się R., i drugie uniewinnienie ujrzane na własne oczy w blisko dziesięcioletniej już karierze adwokata? Wbrew pozorom, adwokatowi R. z wojewódzkiego miasta S. zależało na karnych sprawach z urzędu nie mniej niż na rozwodówkach, jak nazywał przygodne, przelotne partnerki. Od dygresji wyabstrahował adwokata w tym momencie sąd, w składzie jednoosobowym oczywiście:

– To jak będzie, Panie Mecenasie? Cofacie ten sprzeciw, czy nie? Bo jak mówiłem wcześniej, ta kara, która jest, to ona jest….

– Nie, proszę sądu, nie cofamy – zachrypiał w pół refrenu adwokacina, brzmiąc jak wokalista kapeli country i cymbał zarazem, jednocześnie. – Oskarżony podjął decyzję, że będzie się procesować.

– Aha.. – westchnął sędzia. – Dobrze, w porządku. Chciałbym tylko zaznaczyć, że świadkowie, o których wnosiła w sprzeciwie obrona, to oni nie istnieją, żeby była pełna jasność. Mam tu awizację z wyraźną adnotacją: „adresat jest fikcyjny”.

– Istnieją – odpowiedział Autor, pewny siebie tak, jakby faktycznie był demiurgiem panującym nad dziełem stworzenia procesowego i nie-procesowego – sam ich wymyśliłem. Proszę zanotować nowy adres Pana Ćmelaka i Pani Joanny: [dźwięk zagłuszający słowa Twórcy]

R. i tajemnica urzędówki cz. 2

Adwokat R. spojrzał, czy oświadczenie jest czytelnie podpisane przez wyborcę Konfederacji. Przypomniał mu się Denzel w filmie „Roman J. Israel”. Scena, jedna z tych lepszych, początkowych, bo film taki sobie, choć Denzel – Mistrz, w której Washington przekonuje klienta, młodziutkiego, wystraszonego chłopaczka z podmiejskiego getta, że mogą iść w proces, i on jako prawnik jest na to jak najbardziej gotowy, ale trzeba wziąć pod rozwagę, że prokurator występujący w sprawie ma statystykę na poziomie 85% wygranych, więc ugoda którą proponuje, czyli dwa lata więzienia wygląda lepiej niż 5 lat, o które będzie wnosił w pełnym postepowaniu, a nie sposób nie dostrzec ryzyka przegrania sporu.

– Nie wiadomo, który system doskonalszy – pomyślałem – filmowy amerykański, czy nasz ojczysty. Sędzia z Nocnej Straży wygląda na takiego, co to ma lepsze statystyki w skazaniach niż prokuratur z dramatu sądowego. R. miał poplątane – jak to się mówi – uczucia. Szacunek do odwagi klienta mieszał mu się z przekonaniem, że facet jest zdrowo postrzelony i nie rozumie powagi sytuacji. – W porządku – powiedział R. chowając dokument do tekturowej teczki –  w takim razie wracamy na salę. – Witam ponownie Panowie – rzekł jednoosobowy skład sądu. Po czym rzucił do asystenta: – Proszę zaprotokołować, że po przerwie stawił się oskarżony Autor Syn Rainholda wraz z obrońcą z urzędu – adwokatem R. z wojewódzkiego miasta S.

CDN.

R. i tajemnica urzędówki

– Adwokat R., ustanowiony w sprawie z urzędu – rzekł    R… – Proszę mi to wytłumaczyć, jakbym był sześcioletnim dzieckiem… – powiedział Denzel do świadka. Świadek zamilkł i nie powiedział już nic, co mogłoby obciążyć stronę reprezentowaną przez Washingotna. Mistrz. Washington był ulubionym aktorem R., w każdym razie jednym z ulubionych, zaś „Filadelfia” była jego ulubionym filmem, w każdym razie jednym z ulubionych. Paweł oglądał film w kinie „Luna” tuż po premierze, w 1993 r. Oglądałem. Kino istnieje do dzisiaj, a nawet wygląda prawie tak samo jak w 1993 r., co jest ewenementem sui generis na skalę polską, trzeba uczciwie przyznać. Z kolei R. wygląda nieco inaczej. Wyglądam. Nie jest już chłopcem. W dzień przywdziewa zmurszały czarny płaszcz, a wieczorami chodzi do Biedronki po wino za trzydzieści złotych, tak jak np. wczoraj. Wypił całe…

– Panie Mecenasie!!! Halo! Panie Mecenasie!!! – krzyknął sędzia w jednoosobowym składzie. Protokolant odwrócił się w kierunku orła wiszącego na ścianie sali rozpraw w sądzie przy ulicy Terespolskiej, aby nie było widać, że z trudem powstrzymuje wybuch śmiechu. Syn kanalarza się ocknął. Walnął z otwartej w policzek, żeby się dobudzić, następnie spojrzał przez ramię. Ławka pusta, oskarżony nieobecny. – To dobrze – pomyślał R. – rozprawa spadanie. – Proszę sądu, nie mam informacji, z jakich przyczyn oskarżony nie stawił się na dzisiejszym terminie, ale zakładam, że są to przyczyny od oskarżonego niezależne. Proszę zważyć, że zawiadomienia o terminie były wysyłane w czasie najcięższych covidowych obostrzeń, więc należy przypuszczać, że oskarżony po prostu nie otrzymał przedmiotowego zawiadomienia…

– Ale my mamy tu zwrotkę Panie Mecenasie – zauważył sędzia, młody człowiek, z fryzury przypominający Jona Snow z serialu HBO „Gra o Tron”, choć najlepszym serialem HBO jest „Prawo ulicy”, wiadomo. – Nie mamy za to zwrotek od pokrzywdzonych, więc będziemy musieli odroczyć dzisiejsza rozprawę – dodał wyraźnie zadowolony orzecznik, jeśli można tak nazwać sędziego, czemu nie? – Niemniej Panie Mecenasie, korzystając z okazji – mówił dalej kruczoczarny, tutaj piłka jest, jakby to powiedzieć, po waszej stronie. W tej sprawie zapadł wyrok nakazowy. Co my tu mamy? A właśnie, już pamiętam. Po pierwsze: przemocą i groźbą bezprawną zmuszał funkcjonariuszy Policji do zaniechania prawnej czynności zatrzymania. Po drugie: znęcał się nad psem poprzez kopanie go po całym ciele, naruszając ustawę o ochronie zwierząt. Za to wszystko jest wyrok nakazowy ograniczenia wolności i nieodpłatnej pracy na cele społeczne w wymiarze 30 (trzydziestu) godzin miesięcznie przez 1 (jeden) rok i 6 (sześć) miesięcy. To ja chciałbym powiedzieć Panie Mecenasie, że w ocenie sądu w tym składzie, ta kara jest rażąco niewspółmierna, w tym sensie, że jest rażąco łagodna, zaś oskarżony może cofnąć sprzeciw, a wówczas nakaz się uprawomocni, co jest – jak się sądowi wydaje – rozsądnym dla wszystkich rozwiązaniem. Sąd oczywiście może procedować i chętnie wysłucha, co oskarżony ma do powiedzenia, ale proszę pamiętać, że zdaniem sądu, ta kara, która jest, to ona jest – jak mówię – rażąco łagodna. – Dziękuję proszę sądu za szczerość – odpowiedział R. To mi wygląda jak w amerykańskim filmie, naprawdę – dorzucił z biodra – ale złożenie sprzeciwu było poprzedzone instrukcjami ze strony oskarżonego, którymi jestem związany, więc… Nie zdążył dokończyć adwokacina, albowiem na salę rozpraw wpadł z impetem spóźniony podopieczny. Gdyby R. miał spróbować opisać gościa dwoma słowami, powiedziałby: wyborca Konfederacji. – Proszę sądu – wystrzelił w tym momencie R. niczym Mortimer z trylogii dolarowej – czy ja mógłbym wyjść z sali na 5 minut, skonsultować się z oskarżonym? – Tak, oczywiście – odpowiedział Jon Snow z zadowoleniem – Proszę bardzo, niech obrona i oskarżony mają swój czas na konsultację – dodał.

– I co ja mam teraz zrobić? – myśli kotłowały się w głowie R. Przecież ten sędzia gotów zapuszkować wariacika. Trzeba przekonać faceta, żeby cofnąć sprzeciw. Będzie kasa za obronę z urzędu tak czy inaczej, gościu pomoże paru pieskom w schronisku, wszystko się będzie jakby zgadzało. Temida i tak nic nie widzi, strzela ślepakami. Przypomniał sobie przysięgę adwokacką: „(…) w pracy adwokata będę kierować się zasadami godności, uczciwości i sprawiedliwości społecznej (…)”.  Wróć. Przypomniał sobie fragment „Pulp Fiction”: „(…) W dniu walki poczujesz lekkie ukłucie. To odezwie się Twoja wkurwiająca ambicja. Pierdol ambicję! Ambicja tylko boli, a nigdy nie pomaga. Zwalcz ją w sobie. (…), słowa legendarnej Jesieni Średniowiecza. Gdy trzasnął drzwiami Sali P47, z miejsca rzucił się na oskarżonego: – Proszę Pana, w tej sprawie są Pana wyjaśnienia, a poza tym zeznania świadków, właścicieli od tego psa, będą zeznania funkcjonariuszy. Jak Pan myśli, komu sąd uwierzy? Panu, czy funkcjonariuszom naszej dzielnej Policji?

– Ale ja Panu tłumaczyłem Panie Mecenasie,  że kurwa tego nie zrobiłem – bronił się oskarżony. –To znaczy zrobiłem, kopnąłem psa, ale przecież w obronie psa swojego, którego mam, a z Policją, to są bzdury, bo to oni mnie pobili, i to ja miałem stłuczony obojczyk. Zgłosiłem o zabezpieczenie monitoringu, więc wiadomo, że to ja mówię prawdę. – No tak – odpowiedziałem – ale na tym monitoringu niestety nic nie widać, wie Pan. I muszę dodać, że mogą Panu dać karę bez zawiasów, w każdym razie nie mogę wykluczyć takiego ryzyka. – Za coś takiego? – Tak, właśnie za coś takiego. – Ja i tak się nie przyznam, nie będziemy cofać sprzeciwu. – Jest Pan pewny? – zripostował R. – W takim razie proszę napisać…. zaczął szukać kartki, ale nie miał żadnej czystej w aktach, poza czystą, więc odwrócił wyrok nakazowy do góry nogami na pusty łeb, wręczył długopis oskarżonemu – i tonem starego prokuratora mruknął: – proszę napisać:

Przyjąłem do wiadomości, że w postępowaniu grozi mi kara pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia i zdecydowałem się na proces.

Oskarżony napisał i podpisał.

CDN.

„Mówią na niego R.” – opowiadania twitterowe

W wojewódzkim, poniemieckim mieście  S., nad którym wznosi się Zamek Książąt Pomorskich, istnieje legenda, która powiada, że gdy na miejskiej ławeczce przy ulicy Śląskiej wychylisz dwa butelkowe bosmany klasyczne lub tyleż samo ich zamiennika o charakterystyce: piwo jasne pełne z gatunku lager o zawartości 12,5% ekstraktu oraz 5,7% alkoholu, zaś następnie sięgniesz po bosmana puszkowego typu „Special”, czyli inaczej „Strong”, o charakterystyce w stosunku do powyższej nieznacznie podkręconej (z zastrzeżeniem, że w tym przypadku nie możesz już w żadnym razie posługiwać się generykiem), i otworzysz powolnie metaliczne opakowanie owego złotego napoju o zachodzie słońca, powodując charakterystyczny szum przywodzący na myśl wiatr buszujący w jęczmieniu, to twoim oczom ukaże się na granicy powidoku postać w czarnym płaszczu ze zgniłozielonym żabotem i starym kapeluszu, ciągnąca za sobą pokaźnych rozmiarów, dębową trumnę. W pierwszej chwili możesz wtedy pomyśleć, że to znany z filmu Sergio Corbucciego, mściciel Django. Nie będzie to jednak bajkowy łotrzyk z westernu, lecz stworzona przez Wielkiego Pisasza (dalej także jako „@naTTjuzbylo”) postać o inicjale R., a zarazem zjawa z krwi i kości, pozornie główny bohater zbioru opowiadań „Mówią na niego R. – opowieści rozebrane”.

Autor przemilczanego z zazdrości w tzw. mainstreamie felietonu „Apokalipsa na stadionie Arsenalu”, którego konstrukcję oparł na brawurowej interpretacji najsłynniejszego obrazu Edvarda Muncha, oraz bloga „TCH Kultur”, zwanego niegdyś „Teksty Chujowe”, to twórca nowego rodzaju opowiadań, a mianowicie opowiadań twitterowych, prekursor danej formy, już za swojego życia znajdujący naśladowców, choć nielicznych. Cechami wyróżniającymi opowiadanie twitterowe jest stosunkowo nieduży jego rozmiar (nieprzekraczający zazwyczaj dwóch stron maszynopisu) oraz potoczystość, co z jednej strony pozwala na szybciutkie przeczytanie tekstu bez uszczerbku dla śledzenia bystrego tajmlajnu medium społecznościowego, lecz z drugiej, może powodować trwałe zmiany psychiczne po stronie odbiorcy, albowiem takie są lub z pewnością mogą być właśnie skutki kontaktu z prekursorem, co jest faktem notoryjnym. Najistotniejszym elementem opowiadania twitterowego pozostaje iskra, od której jest ono zaprószane. Źdźbło łowione czułym okiem autora w odmętach oceanu rzeczywistych, czyli zmyślonych (lub nie-zmyślonych) użytkowników Twittera i ich wypowiedzi na 240 znaków. Rozważając zagadnienie pół-żartem, można pokusić się o postawienie tezy, że to bardziej bohaterowie opowiadań twitterowych stwarzają twórcę niż on ich.

Zbiór „Mówią na niego R. – opowieści rozebrane” składa się z trzynastu opowiadań, jeśli dobrze liczę, bo po lekturze kręci mi się w głowie. Można je czytać jedno po drugim jak tradycyjną powieść podzieloną na rozdziały, ale równie dobrze w dowolnej kolejności, wówczas poszczególne opowieści zyskają nowe znaczenia, co trochę przywodzi na myśl „Grę w klasy” Julio Cortázara, ale przede wszystkim – bądźmy szczerzy – rozciągające się wielokrotnie w obszerne flejmy dyskusje prowadzone na Twitterze, kiedy każdy tweet można wyrwać z kontekstu, wyobrazić sobie na nowo jego treść niezależnie od intencji autora lub pozycjonowania w określonej rozmowie, a następnie wykorzystać dla podkreślenia własnej istotności lub poniżenia nielubianego użytkownika, zdobywają tym samym fejm liczony liczbą „lajków” lub „podań dalej”. O jednym trzeba pamiętać w tym kontekście, czytając opowieści rozebrane. W tym zdegenerowanym internetowym świecie przeplatającym się z rzeczywistością według wzorów, których nikt nie potrafi już prześledzić lub wytłumaczyć, pogarda i chamstwo bywają wyrazem buntowniczej miłości do bliźniego. Znakomicie @naTTjuzbylo uchwycił powyższy fenomen w opowiadaniu pod znamiennym tytułem „2019”, w którym R. pozornie rozbija szpadlem łeb swojego kolegi z uniwersytetu, a za tak ujętą akcją kryje się tak naprawdę fejk z podwójnym dnem.

R. jest synem kanalarza i wywodzi się z wielowiekowego rodu Ptysch, którego protoplasta zdobył majątek założycielski łupiąc krzyżackie tabory po bitwie pod Grunwaldem. Jest również R. adwokatem specjalizującym się w sprawach rodzinnych i karnych. To bardzo ważne i ma znaczenie. Postać wycięta przez Wielkiego Pisasza, pomimo (a może waśnie dlatego?), że zakłada dres, wdycha klej, słucha rapu ze Wschodniego czy Zachodniego wybrzeża lub z obu wybrzeży jednocześnie, sam się pogubiłem, a poza tym śmierdzi od niego na pół kilometra, jest prawnikiem, którego po prostu chce się czytać i powierzyć mu sprawę, prawdziwym krwiopijcą. R. jest odmienny od większości serialowych gogusiów przywdziewających garnitury, autorytetów serwowanych w telewizji czy autoserwujacych się samodzielnie na leżaczkach w przestrzeni internetu, mających monopol na prawidłowe odczytanie Konstytucji lub projektowanie orzeczeń Sądu Najwyższego i sądzących, że można prawniczo wyjaśnić Świat, podczas gdy to Świat bezlitośnie zazwyczaj wyjaśnia prawników, bez oglądania się na prawo. Z kolei tę drugą postawę w opowiadaniach @naTTjuzbylo częściowo reprezentuje zawsze elegancki i opływający w luksusy radca prawny M. z „Płockiej trylogii”, choć nie jest to postać tak jednowymiarowa jak prawnicze rozgwiazdy Twittera.

Przewrotnie – mając na uwadze profesję R. – opowieści rozebrane ledwie ocierają się o kryminał, a przede wszystkim są zbiorem okraszonych czasem złośliwym a czasem ciepłym humorem rozważań na temat pokręconej historii Polek i Polaków oraz zawsze odrębnych Ślązaków, na skonkretyzowanych przykładach, wyjętych zza szybki ekranu, być może stanowiącymi wierzchołek góry lodowej. Należy przy tym jednocześnie zastrzec, że podczas podróży za dynamicznie tworzącym i stwarzanym zarazem demiurgiem Wielkiego Pisasza, trafimy również na bohaterów, którzy nie chowają się za podwójnym fejkiem,  potrafiąc zachować pierwotną prawdę i uczciwość, stając ze sobą twarzą w twarz takimi jakimi są, że aż muszę zacytować fragment otwierający „Robota kuchennego”: „– Čmelaku, Čmielaczku, jak ja ciebie kocham. Co za piękny prezent na Walentynki! – W olęderskim apartamencie ze schodami grozy rozległ się dyskretny dźwięk buziaków, otwierania proseczio i obierania mandarynek (…)”. Jeśli więc Majora Hassliebe nazwałem w recenzji „Przedwojnia” stąpającą po granicy poezji świnką, to Wielki Pisasz jest pandą leniwie żującą eukaliptusowy liść i cierpliwie obserwującą Świat. W zwolnieniu. Dziś na ławeczce przed familokiem, wczoraj pod przyczepą kempingową, w której sprzedawano zapiekanki przy dworcach kolejowych, przedwczoraj na parapecie w gabinecie Balcerowicza, a kilkaset lat temu na sośnie w okolicach wsi Grunwald, gdy król Jagiełło tuż przed bitwą musi się udać za dłuższą potrzebą w krzaki.

Na koniec zdradzę tajemnicę, że aby poznać R. wcale nie trzeba wybierać się do wojewódzkiego miasta S., czego nie polecam, ani wypijać dwóch bosmanów, co odradzam, ani otwierać bosmana „Specjal”, przed czym przestrzegam w sumie najbardziej. Wystarczy usiąść na kanapie i odpalić link, który wklejam poniżej, albowiem Wielki Pisasz jest zwolennikiem uspołeczniania środków kultury.

https://aadas.wordpress.com/2020/02/19/nowa-ksiazka/amp/

EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd. – 1 Maja

1 Maja 2020 r. o godz. 23.30, ulica Kwiatowa w Goduli nie spała, lecz piła i jadła. Bawiła się.

Z samego rana poprzedniego dnia, wyposzczeni kwarantanną mieszkańcy nowoczesnego osiedla jednopiętrowych domków jednorodzinnych wykończonych najprawdziwszym drewnem wysokiej jakości niewiadomego gatunku,  choć sprowadzonym z Norwegii, w przeważającej większości zaliczający się do tzw. wyższej klasy średniej, ruszyli po zakupy. Podekscytowani wiadomością o udanym etapie kontrataku sił Rzeczypospolitej Polskiej przeciwko koronawirusowi i uspokojeni zapowiedzią uwięzienia przeciwnika w pierścieniu okrążenia już od dnia 4 maja, odpalili swoje ciężkie nie-ekologiczne czołgi i rozjechali po dyskontach lub hipermarketach, albowiem galerie handlowe wciąż pozostawały zamknięte przed szturmem.  Kupowali artykuły najpierwszej radości, o których zapewne marzył człowiek doświadczający pierwotnej trwogi na Spitsbergenie, pragnący rozpalić wiekuisty ogień na zewnątrz i wewnątrz organizmu. Do ostatniego grosza wydali na mięsiwo i alkohol wszystkie te pożyczki pobrane z Tarczy 2.0. na cele związane z prowadzoną działalnością gospodarczą i 1 Maja rozpalili potężne grille.

Późnym wieczorem „Nowy Paryż” wyglądał z wysokościowego ujęcia niczym wioska indiańska w enerdowskich filmach o Winnetou i Old Shatterhandzie. Ciemność urywana ogniskami. Nieruchome powietrze po upalnym dniu, nasycone wonią pieczonych kiełbas, karkówek, tudzież innych podrobów wyrwanych przez człowieka żyjącym istotom tego Świata. Ciszę łamały dzikie rytualne śpiewy. To  Trójka w ramach listy przebojów „Polski Top Wszech Czasów” puściła właśnie „Autobiografię” Perfectu.

Wielki Pisasz zamknął okno, pociągnął z butelki kolejny łyk Żywca i rozsiadł wygodnie w fotelu wyprodukowanym na Śląsku w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, który kupił od ochroniarza pracującego w Muzeum Narodowym we Wrocławiu za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Niedrogo. Po drugiej stronie stołu półleżał fumfel Pisasza z sąsiedniego blogu, żłopiąc piwo rzemieślnicze z kontrabandy, bo zwykłe polskie już mu po prostu nie smakowało. Na sofie po pradziadkach Pisasza – Heinrichach.

Panowie kontynuowali rozpoczętą pięć godzin wcześniej dyskusję.  – Jeśli nie będzie szybko lekarstwa, jeśli nie potwierdzi się teza o nabieraniu odporności po przejściu choroby, jeśli śmiertelność spadnie trochę, ale ustabilizuje na poziomie nieznanym na Zachodzie od lat pięćdziesiątych, to przez dobrych najbliższych kilka lat mamy do czynienia z czymś w rodzaju XIX – wiecznej gruźlicy czy zapalenia płuc. Wtedy władza będzie musiała podejmować różne niemoralne decyzje. – perorował  Wielki Pisasz. Pomimo, że wypił już pięć browarów, był niezwykle pobudzony. A może właśnie dlatego? Zawsze się podpalał, kiedy dyskutował o Polsce. – Chce więc Kidawa-Błońska uratować kraj – rżał bengalski lansjer Major Hassliebe, który poległ w Afganistanie – chce przełożyć wybory, chce stanu klęski żywiołowej i chce argumentów do walki o stwierdzenie nieważności wyborów?  To niech wreszcie zrezygnuje. – Stankiewicz, którego uznaję za ostatniego dziennikarza politycznego w Polsce, skręcił mocno przeciw PiS, ale dba o fakty. Pisze i gadał, że ta propozycja bojkotu wyszła albo bezpośrednio od samego Tus… Wielki Pisasz nie zdążył skończyć zdania i – jak to się mówi – zawisło ono w salonie na pięterku, ponieważ przez okno wpadła i wylądowała na stoliku dzielącym rozmówców, czerwona i robotnicza, monumentalna księga. Księga.

Szanowni dyskutanci zerwali się z siedzeń – ale tak naprawdę, to nie wiadomo – a gdy ustał brzęk tłuczonego szkła, co do którego kupujący był zapewniany przez developera, że jest szybą pancerną,  Wielki Pisasz na kuckach dopadł parapetu i z przestrachem wyjrzał przez zbitą szybę. Demonstracja! Nielegalne zgromadzenie  przy ul. Kwiatowej 14 w Goduli tworzył nieprzebrany tłumek osobistości, a autor wszystkie je znał doskonale, bowiem byli to pracownicy fabryki wywaleni przezeń na bruk w ramach likwidacji zakładu. Na czarnego Mercedesa-Benz przepisanego przez przedsiębiorcę na cypryjską  EPISTROFÍ TON IRÓON Ltd. i zaparkowanego przed domem, wdrapał się wampir-pokraka z transparentem „Pracy i Chleba”, wyjąc przy tym przeraźliwie. Tłum prowadził sierżant Międzyzjeż oraz dwóch wielkich białych Ninja. W czarnym punkciku na granicy koszmaru, idealnie poza światłem latarni, kuliła się do skoku czarna pantera. Znacznie szybsza niż jakikolwiek sen na jawie.

Przyszli po niego.

Refleksja o wyborach, ze sprawy cywilnej wywiedziona

To była jedna z pierwszych spraw, jakie zostały mi powierzone jako adwokatowi.

Powód złożył przeciwko mojemu mocodawcy pozew o zapłatę kwoty na poziomie kilkuset tysięcy złotych. W kilka dni po złożeniu pozwu, Sąd Okręgowy wydał nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym odpowiadający żądaniu, a następnie nadał orzeczeniu klauzulę wykonalności. Powód niezwłocznie przystąpił do czynności związanych z egzekucją, w szczególności złożył wnioski o wpis hipoteki ustawowej do księgi wieczystej lokalu należącego do pozwanego.  Dopiero wówczas pozwany powziął wiadomość, że skierowano przeciwko niemu akcję procesową, albowiem w pozwie – celowo – podano nieaktualny od wielu lat adres zamieszkania mojego mocodawcy. Przesyłka zawierająca nakaz zapłaty wraz z pozwem nie została w konsekwencji odebrana przez pozwanego. Jak odnotowano na dokumencie pocztowym i kopercie: „przysyłki nie doręczono, gdyż adres jest niedostateczny/adresat nie przyjął przesyłki z placówki pocztowej.” Sąd Okręgowy uznał korespondencję za doręczoną, zaś chwilę później, nadał sprawie status prawomocnie rozstrzygniętej.

Aktualnie taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca z tego względu, że 7 listopada 2019 r. wraz z obszerną nowelizacją K.p.c., wprowadzono przepisy, które gwarantują, że w przypadku braku odebrania pozwu, przewodniczący zawiadamia o tym powoda, przesyłając mu przy tym odpis pisma dla pozwanego i zobowiązując do doręczenia tego pisma pozwanemu za pośrednictwem komornika. Z kolei powód w terminie dwóch miesięcy od dnia doręczenia mu zobowiązania sądu, jest zobligowany złożyć  do akt potwierdzenie doręczenia pisma pozwanemu za pośrednictwem komornika bądź zwrócić pismo i wskazać aktualny adres pozwanego lub dowód, że pozwany przebywa pod adresem wskazanym w pozwie. To dosyć ważna i słuszna modyfikacja.

Wracając do referowanej sprawy, pozew przeciwko mojemu mocodawcy był oparty na fałszywych podstawach, ale tak już jest, że w postępowaniu upominawczym sądy nie badają dokładnie stanu faktycznego lub prawnego, lecz – przeważnie – automatycznie wydają nakaz zapłaty, co do którego pozwany ma prawo złożyć sprzeciw w terminie 14 dni od chwili doręczenia. Sytuacja się komplikuje, jeśli pozwu i nakazu faktycznie nie doręczono, a formalnie uznano za doręczony.

Trzeba było szybko działać. Złożyłem sprzeciw od nakazu zapłaty, jak również – z ostrożności – wniosek o przywrócenie terminu. Podniosłem, że czynność „zastępczego doręczenia” była prawnie niedopuszczalna, ponieważ – zgodnie z orzecznictwem – warunkiem skuteczności zastępczego doręczenia jest to, by adresat istotnie mieszkał pod wskazanym adresem, zaś obowiązek zawiadamiania o zmianie miejsca zamieszkania nie rozciąga się na czas przed wytoczeniem powództwa. Punktowałem, że nakaz zapłaty utracił moc z chwilą złożenia sprzeciwu. Podkreślałem, że w czasie składania sprzeciwu od nakazu zapłaty, termin na jego złożenie  nie rozpoczął jeszcze swojego biegu, wnosząc o – prawidłowe – doręczenie pozwu wraz z załącznikami.

Sąd Okręgowy oddalił wniosek o przywrócenie terminu i odrzucił sprzeciw. Powód przeniósł wierzytelność i tytuł wykonawczy na osobę trzecią, a osoba trzecia scedowała wierzytelność i tytuł wykonawczy na osobę czwartą.

Złożyłem zażalenia i poszedłem na rozmowę z Przewodniczącym Wydziału, w którym toczyła się sprawa. Dziś piszę o tym spokojnie, ale wówczas trudno mi było zachować spokój, bo byłem absolutnie przekonany o tym, że dzieje się oczywiste bezprawie, a dodatkowo jeszcze musiałem tłumaczyć klientowi, że Sąd Okręgowy się fatalnie pomylił. Przewodniczący przeglądając akta wysłuchał spokojnie mojego streszczenia sprawy i wszystkich tych sygnatur orzeczeń Sądu Najwyższego, które miałem przygotowane i spisane na żółtej karteczce, a następnie – słusznie skądinąd – rzekł: – No tak, rozumiem, ale z jaką sprawą przychodzi Pan do mnie jako do Przewodniczącego Wydziału? Na co odpowiedziałem, że rozumiem kwestię niezawisłości, ale przecież Pan Sędzia widzi, że ta sprawa to przekręt, że zgodnie z cytowanymi wcześniej orzeczeniami SN, nie powinno być prawomocności ani wykonalności, że za chwilę oszuści będą windykować mojego klienta, więc jeśli mogę prosić, o coś prosić, to żeby natychmiast wysłać akta z moimi zażaleniami do Sądu Apelacyjnego. Pamiętam, jak Pan Sędzia zapytał, czy złożyłem również wniosek o wznowienie postępowania, ale najbardziej pamiętam jego słowa odnoszące się do mojej ufności w sprawczą siłę rozstrzygnięć Sądu Najwyższego: – Wie Pan, Panie Mecenasie, Sąd Najwyższy orzeka nam tutaj z dużej wysokości, ale to są czasem różne abstrakcje, tymczasem praktyka pozostaje praktyką i nie zawsze udaje się te światy idealnie pogodzić, tak właśnie to wygląda.  Warto więc korzystać z wszelkich możliwych środków ochrony prawnej, szczególnie w sytuacji formalnie nieoczywistej.

Przypomniałem sobie powyższą sprawę w kontekście nadchodzących wyborów/nie-wyborów i padających argumentów odnośnie ich bojkotu, nawoływań do szlachetnego, uroczystego palenia kart wyborczych albo ich odsyłania Jackowi Sasinowi na podstawie wzoru zaproponowanego przez sławnych adwokatów, opublikowanego w jednej z gazet codziennych. Mam taką refleksję, że jeśli system prawny daje możliwość wyrażenia sprzeciwu wobec bezprawia poprzez oddanie głosu przeciwko ludziom, którzy za dane bezprawie są odpowiedzialni, to należy z tego uprawnienia skorzystać, nawet jeśli dane uprawnienie nie jest doskonałe, lecz obarczone wadami. Jest to bowiem zarazem środek ochrony, którego wyrzucenie do kosza jest faktyczną i prawną kapitulacją, tak jak byłoby kapitulacją niezłożenie sprzeciwu i zażaleń w zreferowanym wcześniej postępowaniu cywilnym, powodującą windykację mojego mocodawcy i – jak to się potocznie mówi – puszczenie pozwanego z torbami. Bojkot jest zamknięciem oczu i wyrazem życzeniowego myślenia, że Świat nie może być brudny i ktoś – tylko kto? – przyjdzie i za nas ten Świat posprząta. Zazwyczaj jednak przyjęcie tego rodzaju postawy powoduje, że rzeczywistość szeroko rozmija się z oczekiwaniem. Tym bardziej, że Sąd Najwyższy – jak powiedział wspomniany Przewodniczący Wydziału (choć w innym kontekście) – orzeka nam tutaj z dużej wysokości, ale to są czasem różne abstrakcje, a warto zastrzec, że wkrótce – patrząc na polityczne zmiany i praktykę orzeczniczą Trybunału Konstytucyjnego – może się okazać, że abstrakcja będzie jeszcze bardziej abstrakcyjna, choć oczywiście nie mogę tego na chwilę obecną przesądzać.

Sad Okręgowy dosyć szybko przesłał akta do II – ej Instancji, zaś Sąd Apelacyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu sprzeciwu oraz dwa postanowienia o nadaniu klauzuli wykonalności.